Friendzone to wina kobiety

Friendzone, czyli relacja, w ramach której w przyjaźni pojawia się miłość, ale tylko z jednej strony. Przeważnie to on się zakochuje, a ona nie odwzajemnia jego uczuć. On kocha coraz bardziej, coraz bardziej poświęcając się dla niej i dla miłości, a ona wciąż jest niewzruszona i obojętna na jego uczucia. Większość zapewne zna choć jedną ofiarę friendzone. Jednych śmieszy, drugich żenuje, u kolejnych budzi współczucie.

Dramat friendzone tworzy dwoje bohaterów: idealny, sympatyczny chłopak zakochany po uszy w wybrance swego serca i… wyrachowana suka odrzucająca zaloty pana idealnego.

Bo friendzone to wina kobiety. Zawsze! On – ten dobry, ona – zła, specjalnie go uwiodła, a teraz wykorzystuje go, ile tylko się da i ani myśli odwzajemnić uczucie.

Tak właśnie przedstawiany jest friendzone. To kobieta jest w nim czarnym charakterem, to ona jest winna, bo przecież co jej szkodzi docenić starania chłopaka i się w nim zakochać? On taki fajny, zakochany, tyle dla niej robi, a ona, głupia, nie potrafi się zakochać.

Rzecz w tym, że friendzone, to sytuacja niekomfortowa dla obu stron. To nie jest tak, że ona jest zadowolona z życia, a on jest nieszczęśliwy. To układ męczący ich oboje; układ, z którego – wydaje się – nie ma wyjścia, bo albo ona zakończy ich przyjaźń, albo odwzajemni jego uczucia. Tylko, że tak jak on nie potrafi się odkochać, zrezygnować z miłości do niej, tak ona nie chce rezygnować z ich przyjaźni, która wiele dla niej znaczy i tak naprawdę jest zła na siebie, że nie potrafi odwzajemnić jego uczuć. To toksyczny związek, który zbiera ofiary, dwie ofiary – nie jedną.

Wiem, o czym mówię, sama miałam kiedyś takiego przyjaciela. Wiele dla mnie znaczył, do dziś zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, choć kontaktu od dawna ze sobą nie mamy. Wszystko było dobrze, dopóki nie wyznał mi miłości. Od tamtej pory przez kilka lat żyliśmy w friendzonie.  Gdy jedno z nas znikało, bo miało już dość, drugie cierpiało. Ja też cierpiałam. Cierpiałam, bo nie potrafiłam go pokochać, choć na to zasługiwał, cierpiałam, gdy mówił, że ma już dość, że nie wytrzyma, cierpiałam i tęskniłam, gdy znikał, bo był dla mnie ważny. Gdy w końcu przyparta do muru zdecydowałam się na związek z nim, zniszczyliśmy doszczętnie przyjaźń miłością i to tak naprawdę nas uwolniło z toksycznego układu, jakim jest friendzone.

Wróćmy do obwiniania kobiety za to, że chłopak się przez nią marnuje i jest nieszczęśliwy, bo ona miłości odwzajemnić nie potrafi. Jestem przekonana, że ona nawet by chciała, ale – jak mawiają – serce nie sługa. Z tego powodu uważam też, że nie powinno się obwiniać faceta, który się zakochał słowami – nikt nie kazał Ci się zakochiwać.

Domniemaną “ofiarę friendzone”, czyli faceta, często próbujemy pocieszyć słowami, że ona kiedyś doceni, ale wtedy będzie dla niej już za późno. Te same słowa kierujemy do tej złej kobiety jako przestrogę. Problem w tym, że jego to wcale nie pociesza, a, co gorsza, daje dodatkową nadzieję, że jednak dziewczyna kiedyś odwzajemni jego uczucia, a ona, cóż, już docenia, ale nadal nie potrafi pokochać i to się nie zmieni. Swoje szczęście znajdzie w ramionach innego, a on na zawsze pozostanie dla niej tylko przyjacielem.

Miłość to dar losowy. Nigdy nie wiemy, kiedy, gdzie i w kim. Mamy szczęście, gdy miłość jest szczęśliwa i odwzajemniona, ale może okazać się i tak, że trafi nas miłość nieszczęśliwa. Nie ma sensu obwiniać nikogo za friendzone, wierzę, że żadna ze stron nie jest temu winna. Wierzę, że każdy pragnie pięknej, szczęśliwej miłości, a do takiej nie da się nikogo zmusić, nie da się jej zbudować bazując na litości, którą budzi ofiara friendzone.

(Visited 2 804 times, 1 visits today)
Navigate