Żyłam w świecie magii

Żyłam w świecie magii i nie mam na myśli przeniesienia się w krainę dziecięcej fantazji czy też czytania Władcy Pierścieni. Mój świat był prawdziwy. W żaden sposób go nie wykreowałam, nie wymyśliłam, nie miałam na niego wpływu. Był to najprawdziwszy świat, taki jak ten deszczowy, który widzę dziś. Była w nim magia rodem z Disneya – klątwy, które można ściągnąć jedynie za pomocą pocałunku, ale też taka bardziej w klimatach Harrego Pottera – magiczne przedmioty. Pewnie myślisz, że oszalałam, albo jest w tym jakichś haczyk. Nie ma. Mówię o świecie, który istniał naprawdę. Opowiem Ci o nim, bo spędziłam w nim pięć tygodni, choć w moim świecie magii czas płynął zupełnie inaczej.

Ponieważ opuściłam ten świat 12 lat temu to nie wszystko już dobrze pamiętam, dlatego odniosę się tylko do części, którą pamiętam bardzo dobrze, zapewniam Cię jednak, że tej magii było znacznie więcej.

Był tam pokój, znajdował się w mieszkaniu mojej cioci, w którym ściany to były głośniki, a także zmieniały kolor na życzenie osoby, która w nim przebywała. Wystarczyło pomyśleć, że mają być zielone i od razu zmieniały swoją barwę. Zmieniłam im kolor 4 razy: na niebieski, zielony, czerwony i fioletowy.

Było też wstrętne zamczysko, w którym moja siostra miała brać ślub. Zamczysko było przeklęte z powodu jakiejś zdrady. Miało bardzo wysokie, grube, czarne mury, które nie pozwalały mi zbliżyć się do siostry. Biegałam wokół ponurego zamku nawołując siostrę, ale to nic nie dało. W końcu drzwi od balkonu się otworzyły i wiedziałam, że już po wszystkim, już po ślubie. Gdy tylko pocałowała się z mężem, z zamku została ściągnięta klątwa. Jego mury z czarnych zrobiły się srebrne, ten wstrętny mur zakwitł w róże, a nawet pogoda się poprawiła. Kiedy tak biegałam wokół tego muru, padało, a tu nagle słońce. Widziałam to wszystko na własne oczy, inaczej miałabym problem, by uwierzyć.

Byłam też na wczasach na magicznym jachcie. Już nie pamiętam, na czym dokładnie polegała jego magia, ale chyba była uszkodzona, bo ten jacht płynął, jak chciał i dokąd chciał, a najczęściej w ogóle nie chciał.

W moim świecie pełnym magii miałam wypadek. Nie pamiętam jaki, ale za to pamiętam, że tam się nikt nie cackał i rannych wszędzie zabierano helikopterem. To była niesamowita zabawa, biorąc pod uwagę, że nigdy wcześniej niczym nie latałam. Problem polegał jednak na magicznych łóżkach. Jeśli położyło się na nich chorego, to on nie mógł wstać. Jakaś niewidzialna siła kładła go z powrotem na łóżko. Czasami miałam wrażenie, że już tę siłę pokonałam, że zaraz wstanę, ale ostatecznie ona zwyciężała. Poza tym, gdy zbyt długo tak się siłowało, to nagle łóżko przywiązywało choremu ręce do barierek. To niby miało być dla mojego dobra. Ta, jasne.

Miałam historię związaną z butem – jak Kopciuszek. W sumie dosłownie związaną, bo o buty wiązane chodziło. Teraz znów są takie modne. Kupiłam dwie pary, ale za każdym razem, gdy je zakładam, przypominam sobie tę historię. Miałam więc wiązane sandały, rzecz w tym, że były koszmarnie niewygodne. W pewnym momencie niewygoda zamieniła się w przeraźliwy ból. Nie mogłam ich zdjąć, gdyż supły tych butów mógł rozwiązać tylko jeden chłopak na świecie. Długo go szukałam, aż w końcu znalazłam. Problem polegał na tym, że wcale nie był chętny do rozwiązywania moich butów, a moje błaganie i łzy nie robiły na nim wrażenia. To był ostatni dzień, który spędziłam w swoim magicznym świecie. Wróciłam do normalnego, zabierając ze sobą ból od wiązanych sandałów.

Obudziłam się na oddziale intensywnej opieki medycznej. Ból w stopie okazał się bólem po trzech nieudanych wkłuciach wenflonu, choć pierwsze, o co poprosiłam, to o ściągnięcie tego cholernego buta, bo ten głupi chłopak nie chciał mi go rozwiązać. Mina mojej mamy bezcenna. Prawie do łez doprowadziłam ją jednak pytaniem, z kim zostawiła mojego brata, skoro ona może przy mnie być. Wiecie, w świecie, w którym przebywałam, urodził mi się braciszek, miał na imię Dawid.

Świat, w którym spędziłam pięć tygodni, był wynikiem śpiączki farmakologicznej. Nie, to nie był sen, to była rzeczywistość. Fakt, że po przebudzeniu spytałam o brata, ślub mojej siostry, tego nieszczęsnego buta temu dowodzi. Byłam przekonana, że wydarzenia, w których uczestniczyłam, były prawdziwe.

Piszę o tym, gdyż często ludzie nie wiedzą, co czuje osoba nieprzytomna. Na ile jest świadoma i – co najważniejsze – na ile odczuwa ból. Kiedy moja mama wylewała nade mną wiadro łez, ja zmieniałam kolory ścian u mojej cioci. Kiedy rodzina drżała na dźwięk telefonu, ja biegałam wokół magicznego zamku. Byłam daleko od ich zmartwień i bólu, byłam szczęśliwa.

Kiedy zaczęto mnie wybudzać, a więc powoli wracała mi świadomość odzyskałam mimikę twarzy, z której wiele można było wyczytać. Byłam w stanie też odpowiadać na pytania: tak kiwając głową, nie kręcąc głową. Któregoś dnia, gdy moja mama weszła na oddział zobaczyła, że krzywię się z bólu. Niestety trudno było powiedzieć, co dokładnie mi jest. Niedługo potem okazało się, że to odleżyna na pęcherzu sprawiała mi tak ogromny ból. Nawet sobie nie chcę wyobrażać co przeżywałaby świadoma osoba z taką odleżyną. Moja mama siedziała przy mnie przez cały dzień z pękającym z żalu sercem, bo przez cały dzień patrzyła, jak cierpię. Rzecz w tym, że ja nie cierpiałam i bardzo mi przykro, że ona o tym nie wiedziała.

Pytania „na ile on czuje ból” to jedno z najczęściej zadawanych pytań o nieprzytomnych ludzi. Niestety są to pytania bez odpowiedzi. Nikt nie wie. Ja też Ci nie daję gwarancji, że wszyscy żyją w tak kolorowym świecie, w jakim żyłam ja, ale mogę Ci powiedzieć, że każda spytana przeze mnie osoba, która jak ja była w śpiączce, mówiła mi, że nie czuła bólu. Narkotyki, które leją się w tym czasie do żył przenoszą do innego wymiaru zabierając ból.

Tak sobie myślę, że zanim ktoś podejmie decyzje o odłączeniu kogoś od jakiejś aparatury podtrzymującej życie, zanim uzna, że ktoś jest nieświadomą niczego rośliną, niech przypomni sobie ten tekst, bo być może ta osoba żyje w miejscu o wiele lepszym niż Ty i jest szczęśliwa.

PS. Niewidzialną mocą kładącą siłą na łóżko tak naprawdę okazał się być pielęgniarz, który się ze mną siłował, póki nie przywiązał mi rąk do barierek łóżka.

(Visited 2 125 times, 1 visits today)
  • Bardzo ciekawy i myślę ważny tekst.
    Dziękuję.
    Puszczam dalej w świat <3 🙂

  • Rafał Jackowski

    Warto się zastanowić nad tekstem:)

Navigate