Znieczulona onkologią

Napisał do mnie dzisiaj znajomy. Nastąpiła taka krótka wymiana zdań:

– Pogoda niby ładna, tylko serce smutne tak jakoś
– Ja miałam wczoraj serce smutne, ale już mi przeszło
– Z powodu Ani Przybylskiej?

Gorzko się roześmiałam. Nie znałam jej osobiście, dlaczego miałoby mi być smutno na sercu z jej powodu? Gdy zmarła, cała moja fabebookowa tablica była pełna informacji o tym. Miałam tego dość. Jak to napisała moja znajoma – „Z całym szacunkiem, ale trup Przybylskiej zaraz mi się w lodówce zagnieździ – ucieszyłam się, ze ktoś ma takie same odczucia jak ja. Byłam tym zwyczajnie zmęczona.

Prawda jest taka, że jestem znieczulona. Śmierć na raka: dziecka, matki, młodej czy starej osoby, nie robi na mnie wrażenia. Przechodzę obok tego ze wzruszeniem ramion, a nie z krwawiącym sercem. Nie współczuję, nie żałuję, nie ubolewam. Śmierć spowodowana chorobą nowotworową jest dla mnie normalna. Śmierć znanej osoby jest taką samą śmiercią jak tej całkowicie anonimowej.

Znam, a może raczej znałam, na pęczki osób, które w młodym wieku pożegnały się z życiem. Wszystkie umarły na raka. Wszystkie te osoby były młode, chciały żyć, część nawet nie poznała, co to życie.

Śmierć aktorki potraktuję jako news dnia, nie wzbudzi we mnie emocji, nie zapłaczę. Onkologia mnie znieczuliła. Chemia lejąca się do moich żył zabiła we mnie to współczucie. To się dzieje codziennie. Codziennie ktoś przegrywa walkę z chorobą. Gdy dowiadujesz się raz, drugi, trzeci, dziesiąty, że kolejny twój znajomy umarł, nagle się uodparniasz. Śmierć jest bliska, choroba jest bliska, a wszystko to jest otaczającą Cię codziennością.

O ile z choroby się wyleczyłam, o tyle z tego nie. Nie będę płakać, nie potrafię płakać.

(Visited 288 times, 1 visits today)
Navigate