Za to synowie kiedyś mi podziękują

Przeczytałam książkę Adama Bieleckiego. Poznałam jego drogę na najwyższe góry świata, znalazłam odpowiedź na pytanie, które nie dawało mi spokoju (gdzie himalaiści robią kupę?), ale – czego się nie spodziewałam – dostałam całą masę wskazówek wychowawczych. Ta książka skłoniła mnie do rozmyślania nad wychowaniem dzieci.

Poznawałam kolejne przygody nastoletniego Adama i nachodziła mnie myśl, że chyba żaden współczesny rodzic nie zgodziłby się, by jego dziecko np. samotnie pojechało do Azji w wieku 17 lat. Nieco mniej hardcorowo – by nie chodziło do szkoły, gdy nie miało na to ochoty i samo swoje szkolne sprawy załatwiało. Adam skończył studia – psychologię, więc opuszczanie lekcji w liceum raczej mu nie zaszkodziło, jeśli samodzielnie nadrabiał. 16-letni Adam sam jeździł w każdy weekend wspinać się w Tatrach. Wyruszał pociągiem w piątek po lekcjach i wracał w poniedziałek nad ranem.

Czytałam to i zastanawiałam się, czy Ci rodzice rozum postradali? Kto normalny pozwala na tyle nastolatkowi? Szokowało mnie to tym bardziej, że niedawno przeglądałam dyskusję o tym, w jakim wieku dziecko można pozostawić samo w domu i było w niej sporo głosów mam, że swoje czternastoletnie (!) dziecko zostawiają samo na maksimum pół godziny, a tak na dłużej to zostawią może jak skończy szesnaście lat.

Po zestawieniu tych dwóch zachowań stwierdzam, że bliżej mi do rodziców Adama. Na kogo wyrośnie dziecko, które w wieku czternastu lat jest prowadzone za rączkę do szkoły? Czy herbaty samo zrobić nie może, bo się na pewno poparzy, kanapki też nie, bo się nożem zatnie? Jak to dziecko spędza wolny czas? Jak spędza czas z kolegami? Czy w ogóle ma wolny czas? Czy ma kolegów? Czy może jednak wszystko kontrolują rodzice?

Nie jestem zwolenniczką gadania „jak ja miałam tyle lat to..”, „a za moich czasów to…”, bo teraz już są inne czasy i nie ma co ich porównywać do czasów mojego dzieciństwa. Najprostszy przykład – jest więcej samochodów. Zatem więcej też jeździ po drogach wewnętrznych, między blokami, przejścia dla pieszych są niebezpieczniejsze. Kiedyś też wszyscy byli na siebie bardziej uważni. Gdy coś się działo nie musiałam biec do domu, mogłam poinformować mamę kolegi czy sąsiadkę. Nie bez powodu Majka Jeżowska śpiewała „wszystkie dzieci nasze są”, bo były. Dziś tego nie ma. Kiedyś gdy dziecko się zgubiło i spytało o drogę dorosłego to albo wskazywano mu drogę albo zaprowadzano, dziś jest duże prawdopodobieństwo, że zostałaby wezwana policja i opieka społeczna, bo dziecko jest bez opieki.

Metody wychowawcze musieliśmy dostosować do zmian, jakie zaszły w świecie. Jest jednak coś niepokojącego w tym, że te metody sprawiają, iż coraz częściej wychowujemy dzieci wychowujemy na ludzi niesamodzielnych. Samodzielności można nauczyć się tylko przez praktykę. Dlatego nie boję się ufać swoim dzieciom. Sama zachęcam ich do próbowania, podejmowania ryzyka. Jakiś czas temu okazało się, że Młody Starszy albo pojedzie do szkoły językowej sam, albo nie pojedzie wcale, bo z pewnych powodów z mężem nie mogliśmy go zaprowadzić. Co zatem zrobiłam? Narysowałam mu „w razie W” mapkę, jak wyjść ze stacji metra, życzyłam powodzenia i wysłałam na angielski.

Moje dziecko kiedyś, w duchu mi za to podziękuję. Wtedy gdy będzie umiało odnaleźć się w świecie, będzie umiało radzić sobie w trudnych, stresowych sytuacjach, będzie umiało zapanować nad swoim życiem. To będzie jego przewaga nad rówieśnikami, którzy wciąż są zaprowadzani i odbierani ze szkoły i nie wolno im bez opieki rodzica wychodzić na dwór.

Tak, ja wiem, że dzieci są różne i wiem, że nie każdemu dziewięciolatkowi można pozwolić na tyle, na ile ja pozwalam. To nas jednak nie zwalnia z nauki samodzielności. Musi być dostosowana do temperamentu naszego dziecka. Mój młodszy syn całkowicie różni się od swojego brata i nie wiem, czy będę mogła podchodzić do niego tak samo, pozwalać mu na tyle samo, wychowywać go tak samo. Jednakże najczęściej to wcale nie z dzieckiem jest problem, a z rodzicami, którzy dla zasady dziecku nie ufają, bo „na pewno wpadnie na jakiś głupi pomysł”. Wpadnie, bo takie jego zbójeckie prawo. Tylko to nie oznacza, że zaraz się zabije albo podpali dom. To zazwyczaj oznacza, że zamiast wrócić prosto ze szkoły do domu zacznie bawić się z kolegą.

Nie śledzę swoich dzieci za pomocą zegarków z GPS, ani za pomocą telefonu i innych gadżetów. Całe swoje metody wychowawcze opieram na wzajemnym zaufaniu. Adam Bielecki mógł tyle robić, bo rodzice mu ufali, a ufali mu, bo nigdy nie zrobił nic by ich zaufanie stracić. Ja ufam swoim dzieciom. Wiecie co? Jeśli w wieku 17 lat będą chcieli wspinać się w Himalajach, to ja im na to pozwolę.

(Visited 772 times, 1 visits today)
Navigate