Wyrodne matki siedzą na ławce

Lubimy oceniać innych, w tym lubimy oceniać matki. Wychodząc z dziećmi z domu, czuję, że wszystko, co zrobię, może zostać poddane ocenie kogoś stojącego z boku. Sama nie jestem od tego wolna. Zobaczę coś, ocenię, opiszę. Choćby wpis o matkach polkach świętych krowach był oceną zachowania matek. Wpis dotyczył placu zabaw, a tam, gdzie pojawia się plac zabaw, pojawia się też zawsze, ale to ZAWSZE, wątek poboczny – co robi matka na placu zabaw.

Ile razy nie pojawiłby się motyw placu zabaw w jakimkolwiek tekście, znajdzie się ktoś, kto napisze, że matki przychodzą z dzieckiem na plac zabaw i siedzą. Przyjdzie, wpuści do piaskownicy i siedzi. Siedzi na ławce i się gapi. Co odważniejsza zacznie czytać gazetę lub książkę, a szczytem odwagi jest wyciągnąć smartfon lub tablet. Siedzą i się dziećmi nie zajmują, nie pilnują, mają w dupie. No co za okropna matka, bo siedzi.

Sama nie jestem zwolenniczką grzebania w piachu i biegania po drabinkach. Co więcej: ja na plac zabaw chodzić nie lubię. Nie lubię chodzić na spacer z dziećmi. Robię to z obowiązku, nie przyjemności. W roku szkolnym ten przykry obowiązek przejmuje przedszkole, ale w wakacje za czas spędzony na dworze odpowiadam ja. Biorę więc wiadereczka, łopatki, grabki, foremki, autka i idę na plac zabaw. Idę, wpuszczam dzieci i siedzę. Dzieciaki się bawią, a ja siedzę. Siedzę i czytam. Potrafię tak przesiedzieć trzy godziny. Wszyscy jesteśmy wtedy zadowoleni. Ja, bo przeczytałam większość ciekawej książki, a więc spędziłam miło czas, dzieci, bo się bawiły na dworze długie godziny w sposób, jaki im odpowiadał najbardziej.

Niezadowoleni są tylko inni ludzie, bo na plac zabaw przyszła wyrodna matka co siedzi, z dziećmi się nie bawi. Na pewno nie kocha, nie lubi, nie wychowuje, jest zła do szpiku kości, bo nie robi babek z piasku.

Raz w życiu poddałam się terrorowi zabawy z dzieckiem, by przestać uchodzić za wyrodną matkę. Wlazłam więc do piaskownicy z wielkim entuzjazmem pytając Młodego Starszego co budujemy, a on na to: „nie przeszkadzaj mi, idź usiąść”. Aby podkreślić powagę swoich słów, wstał, otrzepał spodnie, złapał mnie za rękę i zaprowadził do wolnej ławki, po czym spoglądał, czy aby na pewno nie mam zamiaru wstać i mu przeszkadzać.

Drodzy państwo, to, że czytam, bawię się telefonem, czy nawet maluję paznokcie, nie oznacza, że dziecka nie widzę i nie pilnuję. Nie znacie ani mnie, ani mojego dziecka, więc jakim prawem osądzacie? Może ja zwyczajnie ufam swojemu dziecku i wiem, ze nie ucieknie i nie potrzebuje ciągłej kontroli. Może tak dziecko, jak w przypadku mojego starszego syna, nie lubi się bawić z mamą? Może zwyczajnie ja nie lubię, a moje dziecko o tym wie i w żaden sposób mu to nie przeszkadza. Czas spędzony na placu zabaw jest czasem dla mojego dziecka, nie dla mnie. Idę tam dla niego. To nie miejsce, w którym będę się dobrze bawić. Gdy chcę spędzić aktywnie czas z dzieckiem, nie tylko jako obserwator, to idziemy na „randkę”.

Prawda jest taka, że czy będę siedzieć na ławce, czy chodzić krok w krok za dzieckiem, i tak zostanę poddana krytycznej ocenie.

(Visited 1 671 times, 1 visits today)
Navigate