Ułamek życia tutaj spędziłam, lecz wreszcie jestem zdrowa…

Gdy pisałam tekst „Onkologia to życie„, moim celem było ukazanie onkologii dziecięcej z innej perspektywy. Jedyne, czego chciałam, to wyczyścić ją z negatywnych emocji i śmierci. Nie przypuszczałam, że ten tekst zaprowadzi mnie znów na onkologię i pozwoli spełnić drobne marzenia.

Pani Małgosia jest kimś w rodzaju terapeuty zajęciowego. Przyszła na oddział, gdy byłam w trakcie intensywnej chemioterapii, gdzieś pośrodku leczenia. Dotychczasowa pani od umilania nam czasu, której imię zawsze zapominam, właśnie przeszła na emeryturę i na jej miejscu pojawiła się pani Małgosia. Muszę wam powiedzieć, że miała ciężkie zadanie. Jej poprzedniczka była szalenie kreatywną kobietą, potrafiła tworzyć cuda z niczego. Prace jej rąk to były istne dzieła. Wszystkie dzieciaki ją kochały. Pani Małgosia musiała więc nie tyle ją przebić, co chociaż jej dorównać. Po latach muszę przyznać, że jej się to udało, choć – niech mi wybaczy – byliśmy sceptyczni.

Piszę o niej, bo to właśnie ona zaprosiła mnie na pokaz mody organizowany w ramach dnia matki. Zespół Szkół nr 110 przy Szpitalu Klinicznym im. Karola Jonschera, wraz z Fundacją Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi zorganizowali pokaz mody, w którym uczestniczyć miały dzieci na różnym etapie leczenia. Od tych, które są w trakcie intensywnej chemioterpii, po te, które są już na leczeniu podtrzymującym. Do tego sympatycznego grona dołączyłam ja – dziecko wyleczone 10 lat temu. Jako że ze mnie już całkiem spore dziecko, za modeli robiły moje dzieci, bo najważniejszym elementem tego zaproszenia było to, że miałam przyjechać z dziećmi.

Gdy nadszedł dzień wyjazdu, byłam niesamowicie zaaferowana. Jako że jaranie się tym jak neon na burdelu zostało źle odebrane, zmieniam – jarałam się jak flota Stanisa (lepiej?). Tak dobrze znana mi w swoim czasie droga, teraz wydawała się obca. Obserwowałam, jakie zmiany zaszły i, ani się obejrzałam, wjeżdżaliśmy do Poznania, także innego.

Inna nie była tylko ul. Bukowska – ostatnia prosta prowadząca do szpitala. To w tamtym momencie, coś złapało mnie za gardło. Napisałam do jeszcze nie męża – jestem na Bukowskiej, zaraz się uduszę, nie dam rady. Zastanawiałam się, czy nie uciekać, czy nie wracać natychmiast do domu. Emocje we mnie były tak silne, iż bałam się, że, jeśli nie wrócimy do domu, to się uduszę. Wtedy mi się to przypomniało: Za każdym razem, gdy jechałam na oddział, spałam w samochodzie, a mama mnie budziła słowami „Madzia, wstawaj, jesteśmy już na Bukowskiej”. Powrót tego niejasnego wtedy wspomnienia obudził emocje, które towarzyszyły mi wtedy – zniechęcenie, ból, tęsknotę. Tym razem jednak doszedł strach przed zderzeniem z przeszłością.

Siedziałam w auli i patrzyłam na dzieci, które wraz ze mną brały udział w pokazie. Obok mnie siedziała nastolatka z bujnymi lokami – widziałam w niej siebie. Miała sympatyczną twarz. Kolorowa, letnia sukienka, w którą była ubrana, podkreślała bijącą niej radość życia. Na oko 8-letnia dziewczynka albo była w trakcie przerwy w chemioterapii, albo dopiero co przeszła na leczenie podtrzymujące. Włosy pokrywały jej całą głowę, jednak wciąż były króciutkie. Później przyszedł ten śliczny nastolatek, w którym mogłabym się zakochać, gdybym była z 10 lat młodsza, z jeszcze ładniejszą siostrą. Była też ta mała dziewczynka, która jest w trakcie swojej walki. Łysa główka, opuchlizna, podejrzewam, po sterydach i uśmiech od ucha do ucha. I ten chłopiec niewiele starszy od Młodego Starszego, ubrany na cwaniaka, pewny siebie. Śliczna dziewczyna o kuli, na bank byśmy się polubiły, w niej widziałam Patrycję, moją przyjaciółkę ze szpitala.

Patrzyłam na nich, patrzyłam na ich rodziców, widziałam w nich siebie, moje życie, miejsce, w którym kiedyś byłam. Choć ich nie znałam, czułam się u siebie, całkowicie na miejscu i uwierzyłam, że oni będą kiedyś na moim. Patrzyłam na nich, na beztroskę na ich twarzach i widziałam to, o czym wam już pisałam – życie.

Największą niespodzianką tego wyjazdu było jednak coś zupełnie innego. Ostatni raz na oddziale byłam 7 lat temu, na pożegnaniu pani ordynator – dr. Kaczmarek, która przechodziła wtedy na emeryturę. Wiele razy wyobrażałam sobie, że kiedyś ją spotkam, przedstawię jej swoje dzieci. Gdy więc się dowiedziałam, że emerytura dr. Kaczmarek wygląda tak, że po prostu przestała być ordynatorem oddziału, ale wciąż można ją spotkać w szpitalu, byłam gotowa szantażować cały szpital strajkiem głodowym, dopóki się z nią nie spotkam. Na szczęście obyło się bez strajku, pani Małgosia zaprowadziła mnie, gdzie trzeba. Byłam gotowa rzucić się w ramiona pani ordynator. Stałam przytulona do kobiety, której zawdzięczam życie, która dla swoich pacjentów potrafiła postawić cały szpital na nogi. Zabiegana, bezkompromisowa, zawsze stawiała na swoim i… kochająca swoich pacjentów. Pamiętam, że najpierw była promykiem słońca dla moich rodziców, gdy pojawiała się na OIOMie, później dla mnie, gdy odwiedzała mnie na chirurgii. Stałam więc, próbując uściskiem przekazać jej całą moją wdzięczność. Możliwość wyrażenia wdzięczności, za życie, które dziś mam, było moim małym marzeniem, które w końcu mogło się spełnić.

„Pani doktor, przedstawiam pani moich synów. To pani zawdzięczam, że ich dziś mam. Dziękuję.”

Wchodząc po schodach na pierwsze piętro, na którym znajdowała się onkologia, cofnęłam się w czasie. Choć obok mnie maszerowały moje dzieci, znów miałam 14 lat i łysą głowę ukrytą pod czarną chustką. Znów z trudem po nich wchodziłam. Znów chemioterapia dawała mi się we znaki. A gdy dotarłam na górę, skręciłam w lewo i stanęłam przed drzwiami oddziału onkologii.

Na drzwi od oddziału onkologii patrzyłam jak zaczarowana. Choć cały szpital został wyremontowany i odnowiony, drzwi pozostały te same. Czytałam raz za razem litery układające się w napis „Oddział V Onkologii i Hematologii Dziecięcej”. Pamiętam, że ich nienawidziłam. Kojarzyły mi się z klatką, więzieniem. Zawsze miałam wrażenie, że dopóki nie znajdę się za tymi drzwiami mogę uciec, mogę powiedzieć stop, a te drzwi były ograniczeniem. Pamiętam, że nie mogłam się doczekać, kiedy zamknę je po raz ostatni. Zamknę, wyjadę i nie wrócę już nigdy. Teraz stałam przed tymi drzwiami i patrzyłam na nie ze łzami wzruszenia. Za tymi drzwiami znajdował się kawał mojego życia.

Do ostatniej chwili nie wiedziałam, co mam powiedzieć tym wszystkim ludziom siedzącym na auli. Nie naszykowałam żadnej mowy, nie zastanawiałam się nad tym dłużej, postanowiłam improwizować. Mogłam oczywiście krzyknąć – nie martwcie się, statystyki mówią, że raczek jest wyleczalny w 60 procentach. Mogłam też krzyczeć puste hasła – musicie być silni, musicie walczyć – wiedząc, że nic bardziej nie denerwuje od tych truizmów. Oni wiedzą co mają robić, ja to wiem, nie muszę im mówić. Stałam więc myśląc, co powiedzieć i, gdy zaczęłam, emocje podpowiedziały same. Dostałam możliwość wylania z siebie wszystkiego. Opowiedzenia o kłamstwach którymi ich karmią – nie, wasze życie nie wróci do normy, będzie inne, ale nie oznacza, że gorsze. Mogłam powiedzieć „dziękuję” lekarzom, którzy tam byli. Mogłam pokazać, a przede wszystkim naprawdę uwierzyć w to, że każdy z nich ma szansę, bo skoro mi się udało, to udać może się każdemu.

Wracając do domu czułam, że dopiero teraz zamknęłam ten rozdział życia. Czułam, że zrobiłam już wszystko, że już nic więcej nie mam na onkologii do zrobienia. Wszystko, czego ja potrzebowałam, zostało osiągniete. Z pewnym spokojem wyjeżdżałam z Poznania. Żegnając się ze wszystkimi, tym razem żegnałam się na zawsze. Na zawsze pożegnałam się z moją chorobą. Choć będę żyć ze świadomością, że ona kiedyś była, to mogę nawet być jej wdzięczna za ukształtowanie mnie, mojego życia, bo w dużej mierze ta część mojej przeszłości sprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem dziś. Onkologia na zawsze pozostanie w moim sercu nie jako oddział, ale jako ludzie. Kocham ich wszystkich.

 

 

obraz 086 thumbnail (1) obraz 060 55647ed9bdc4d_gd 55647ed1e82b8_gd 55647eb2bfbf4_gd 55647eaeda013_gd 55647eabdb644_gd 55647ea8bdff0_gd

(Visited 636 times, 1 visits today)
Navigate