To mój pokój!

Moje młodsze dziecko przyniosło z przedszkola zawieszkę na klamkę od drzwi pokoju z napisem „To mój pokój, daj mi spokój”. Napis mi się spodobał, ale nie zmienia to faktu, że dla rodziców jest niewygodny. Mąż wspaniałomyślnie stwierdził, że Młody Młodszy i tak nie umie czytać, a nawet próbował mu wmówić, że na zawieszce jest coś o sprzątaniu pokoju. Pomijając to, że i tak powiedzieliśmy mu, co jest napisane na jego zawieszce, a wszystkie próby ominięcia tego były żartem, to plan nie miał prawa wypalić, gdyż Młody Starszy postanowił skorzystać z nowej umiejętności, jaką jest czytanie i sam odczytał, że mamy im dać spokój. Zawieszka teraz wisi na klamce, opcjonalnie leży na podłodze, a mnie skłoniła do rozmyślań o pokojach dziecięcych.

Jako dziecko często miałam karę polegającą na zakazie opuszczania swojego pokoju. Sprawiło to tyle, ze nienawidziłam własnego pokoju. Skoro przebywanie w nim było karą, to musiał być zły, prawda? Natomiast jako nastolatka pokój polubiłam i większy problem miałam z jego opuszczaniem. Nie zmienia to faktu, że raz na jakiś czas słyszałam, że mam iść do swojego pokoju. Natomiast, gdy rodzice przychodzili ze swoimi pretensjami do mnie i prosiłam o opuszczenie mojego pokoju, to wtedy w odpowiedzi słyszałam, że to nie mój pokój, że mieszkanie nie należy do mnie i nie mam prawa ich z niego wypraszać. Wszystko po to, by dwa dni później znów usłyszeć „idź do swojego pokoju”. Dostrzegałam sprzeczność komunikatów, dlatego jako zbuntowana nastolatka odmawiałam pójścia do pokoju, który nie istnieje, bo w końcu wcześniej usłyszałam, że to jednak nie jest mój pokój.

Traktuję pokój moich dzieci jako ich pokój. Napis z zawieszki mnie zachwycił, bo my,rodzice, często zapominamy, że tego pokoju nie wynajmujemy, że podarowaliśmy go swojemu dziecku. Stworzyliśmy dla niego miejsce we wspólnym domu, a jednocześnie ingerujemy w to, jak to miejsce ma wyglądać. Nie pozwalamy podejmować samodzielnych decyzji choćby co do wystroju. Wtrącamy się, mówimy kiedy i jak mają sprzątać, co gdzie trzymać, itd.

Nie karzę dzieci wygonieniem do ich pokoju. Ten pokój ma kojarzyć im się dobrze. Mają chcieć spędzać w nim czas, odnajdywać siebie, swoje pasje, bawić się. To ma być ich strefa, azyl, miejsce. Dlatego, gdy wchodzę do pokoju dzieci i słyszę, że mam sobie iść, bo przeszkadzam, bo są na mnie źli, zdenerwowani, czy cokolwiek innego, to wychodzę. Gdy potrzebuję coś od nich wziąć, z czegoś skorzystać, to pytam, czy mogę, czy mi pożyczą. Nigdy nie robię w ich pokoju nic bez ich wiedzy. Gdy chcę z synami porozmawiać, pytam, czy nie przeszkadzam. Gdy proszą mnie bym przywiesiła im plakat, pytam, gdzie chcą, by wisiał. Gdy porysowali pisakami szafki, obkleili biurko naklejkami, nie powiedziałam nic. Teraz muszą takie mieć. To ich pokój, ich meble. Szanuję ich prywatność, nie ruszam ich rzeczy, nie wyrzucam nic bez ich zgody, nie grzebię w ich szafkach, pudełkach i szufladach. Tym samym uczę ich, by oni nie naruszali mojej prywatności, nie ruszali moich rzeczy bez pytania, nie grzebali w moich szafkach.

Nie oznacza to, że ich pokój to strefa, w której nie mam absolutnie nic do powiedzenia. Wciąż są moimi dziećmi i wciąż to ja ich wychowuję. Dlatego uczę ich, że o tę ich małą, własną przestrzeń trzeba dbać, trzeba ją czasem posprzątać. Czasem, gdy jest zdecydowanie za spokojnie, wpadam zrobić małą kontrolę, bo wiadomo, że przedłużająca się cisza przy dzieciach zwiastuje kłopoty, czasem znów jest zbyt głośno i płaczliwie i wtedy także sprawdzam, co się dzieje. Moje dzieci mają prawo do zasad we własnym pokoju, ale nie mogą być one sprzeczne z zasadami panującymi w domu, dlatego, gdy wpadną na pomysł, że w ich pokoju bicie się jest dopuszczalne przychodzę ich poinformować, że nie jest.

Nie chodzi mi o to, by w ogóle nie kontrolować tego, co dzieci robią w swoim pokoju, ale o to, by szanować tę ich strefę, dać im swobodę i spokój pamiętając, że im dziecko będzie starsze, tym więcej tej swobody będzie potrzebowało. Nie chodzi mi też o to, by pozwolić dzieciom demolować pokój, który należy do nich. Wręcz przeciwnie – nauczyć szacunku i dbania o rzeczy własne. Kiedy mój pokój przestał być moim pokojem, bo w końcu znajdował się w mieszkaniu rodziców, to przestałam go sprzątać i o niego dbać, a na uwagi mojej mamy, bym posprzątała swój pokój, odpowiadałam, by sama go posprzątała, w końcu znajduje się w jej mieszkaniu. Gdyby argument o nie moim mieszkaniu nigdy nie padł, nadal dbałabym o swoją własność. O to własnie mi chodzi, by dać im ten pokój i nie używać argumentu „bo to ja płacę czynsz”.

(Visited 2 307 times, 1 visits today)
  • Eh…szkoda, że moi rodzice nie przeczytali podobnego tekstu 20 lat temu..
    Mama ruszała absolutnie wszystko w „moim” pokoju, posunęła się nawet do przeczytania pamiętnika (wtedy kategorycznie przestałam pisać pamiętniki) i poprawienia w nim błędów, chyba ortograficznych.
    Poza tym gdy mnie nie było, zabierała moje zabawki (bo przecież już z nich wyrosłam) i oddawała rozpuszczonej kuzynce, która każdą nową rzeczą bawiła się góra kilka minut. Generalnie uważała, że to co moje to nasze. A to co jej, to tylko jej. Skutek – nie mam żadnej pamiątki z dzieciństwa, no może poza zdjęciami i kilkoma drobiazgami, które zawsze ze sobą zabierałam.
    Z kolei gdy miałam naście lat i przychodził do mnie chłopak – ojciec wymagał, żeby drwi nie były zamknięte, bo on musiał wiedzieć co robimy ;p.
    Tak sobie myślę, że byłoby mi znacznie łatwiej w życiu, gdyby moi rodzice mieli takie podejście jak Ty <3

Navigate