Symptomy rozpadu związku

Dowiedziałam się dziś, że w zasadzie mój związek już dawno powinien nie istnieć. Nie ma już w nim miłości ani żadnego innego uczucia. Rozwód, tylko rozwód nas uratuje.

Praca w internecie ma ten minus, że co jakiś czas trafi się na jakąś głupią dyskusję. Tak trafiłam na dyskusję o pierwszych symptomach końca związku i właśnie w ten sposób od grupy internautów – blogerów dowiedziałam się, że mój związek chyli się ku końcowi.

Pierwszym z powodów rozstania powinna być podobno świadomość wad partnera. Pewna panna napisała, że koniec miłości jest wtedy, gdy dostrzega się wady partnera/ki. W moim związku zatem nigdy miłości nie było. Mam świadomość wad męża, a on moich i wcale ich nie lubimy. Nie chodzi o to, by te wady lubić, ale o to by je akceptować. Partner idealny to nie partner bez wad, ale z wadami, z którymi jesteśmy w stanie żyć. Dodatkowo to także chęć pracy nad tym, by zmienić w sobie to możemy i zaakceptowanie tego, czego nie możemy. Małymi kroczkami zmieniam w sobie to, co najgorsze, mój mąż mnie kocha, więc mi w tym pomaga i mnie dopinguje. Dostrzega każdą najmniejszą zmianę i docenia trud, który w nią włożyłam.

 Czym innym jest, gdy wady partnera są dla nas nie do zaakceptowania. Wtedy nie ma mowy o związku. Nie da rady stworzyć udanego związku z kimś, kto nas na każdym kroku denerwuje.

Drugi argument brzmiał „partner/ka nie jest pierwsza osobą, do której idziesz z problemem”. Jeśli mam problem, który mogę rozwiązać sama lub znam kogoś, kto pomoże mi go rozwiązać, to nie zawracam głowy i nie martwię tym męża, tylko problem rozwiązuję. Nie bardzo rozumiem, dlaczego dowodem miłości miałoby być martwienie partnera każdym problemem. Do męża idę z problemami, z którymi sobie nie radzę i potrzebuję jego wsparcia lub które on pomoże mi rozwiązać. Miałam kiedyś problem, który niewątpliwie wpływał na moje małżeństwo. Musiałam się z nim uporać. Zamiast martwić tym męża zwróciłam się do osoby, która mi pomogła, a mój mąż nawet nie miał pojęcia o zaistniałej sytuacji. Nie chciałabym też, by to on martwił niepotrzebnie mnie, jeśli w żaden sposób nie mogłabym mu pomóc, choćby wsparciem psychicznym. Mój mąż ma być moim wsparciem, gdy tego potrzebuję (a ja jego), ale to nie oznacza, że musi z każdym problemem do mnie iść, bo, jeśli tego nie robi, to oznacza, że mnie nie kocha.

Inna osoba znów twierdziła, że koniec związku jest wtedy, gdy pojawia się radość, gdy ta druga osoba jest poza domem. Niech mi mąż wybaczy, ale ja naprawdę czasem cieszę się, gdy nie ma go w domu. Mogę wtedy w spokoju posprzątać albo obejrzeć film, albo… odpocząć od niego. Mieszkamy i pracujemy razem. Widzimy się praktycznie 24 godziny, 7 dni w tygodniu. Dlatego kiedy czasem go nie ma, albo to ja wychodzę, po prostu się cieszę, że spędzamy czas osobno i możemy od siebie odetchnąć. Mam świadomość, że mój mąż ode mnie odpocząć też lubi. Zwłaszcza że mam świadomość, iż potrafię być męcząca. Problemem byłoby, gdybym nie chciała do domu wracać, nie tęskniła, gdyby wraz z jego powrotem do domu odczuwała zawód, a nie radość. Sama radość z czasu dla siebie nie jest symptomem braku miłości. Radość na myśl o spędzeniu reszty życia bez tej osoby już jest.

Mój ulubiony argument, który z resztą ma w sobie trochę racji, ale tylko trochę – gdy nie rozmawia się o problemach. Nie będę się powtarzać, bo bardzo dokładnie opisałam co o tym sądzę tutaj. Tak bardzo chcemy rozmawiać o związkach, że, zamiast w nich żyć, to je przegadujemy. Rzecz w tym, że czasem pewne rzeczy lepiej jest przemilczeć, nie rozwodzić się nad nimi, zapomnieć. Zdarza mi się pokłócić z mężem i to ostro, a na drugi dzień wstajemy i zachowujemy się, jakby tej kłótni w ogóle nie było. Niektóre rzeczy naprawdę nie są warte słów. Sztuka polega na tym, by umieć rozróżnić, które warto przegadać, a które przemilczeć.

Nie wiem, jak wyglądają związki ludzi, którzy podawali te argumenty, ale radzę im szybko znaleźć inne, bo jakoś nie wróżę przyszłości związkowi, w którym świadomość wad uznawana jest za symptom jego końca. Inna sprawa, że polecam skupić się na związku tak po prostu, żyć w nim, cieszyć się nim zamiast wypatrywać jego końca, bo, gdy koniec związku nadchodzi, to naprawdę trudno go przegapić.

(Visited 1 193 times, 1 visits today)
Navigate