Real time marketing, Bielecki i Nanga Parbat

Poprosiłam męża, by sprawdził w księgarni, czy mają książkę Adama Bieleckiego „Spod zamarzniętych powiek”. System w sklepie pokazał, że książka jest dostępna i mąż razem z pracownikiem salonu ruszyli do regału, na którym miała się ona znajdować. Okazało się jednak, że jej tam nie ma. Bardzo dokładnie przeczesywali regał, ale nie mogli znaleźć.

– Wie Pan, ta książka ostatnio momentalnie się sprzedaje i system szaleje. Nie nadąża z aktualizacją i pokazuje, że jest, a nie ma.

Ostatecznie książka była. Ostatnia, samotna sztuka, porzucona gdzieś przez kogoś, kto zrezygnował z jej zakupu.

Co też sprawiło, że książka jednego z najbardziej znanych polskich himalaistów zimowych sprzedaje się jak świeże bułeczki? Skąd nagle tylu fanów tego sportu? Odpowiedź na te pytania jest oczywista – tragedia Tomasza Mackiewicza pod Nanga Parbat.

Tu zaczynają się dyskusje o moralności nagłego promowania książek o himalaizmie przez księgarnie, głównie duże salony typu Empik. Oburzeni twierdzą, że to obrzydliwy żer na czyjejś śmierci, a ci, którzy te książki teraz kupują, to niemoralne hieny, pseudo-fani tego sportu.

Tymczasem to, o czym mówimy, to nic innego jak real time marketing. Gdy zbliżają się mistrzostwa świata w piłce nożnej, to czytamy i mówimy o tym; gdy umiera wybitny muzyk, przypominamy sobie jego twórczość, sklepy sprzedają wydania kolekcjonerskie płyt; gdy postanowiono odkurzyć sagę Gwiezdnych Wojen to pieniądze zarabiano także na starych częściach, wydając je w nowy sposób. Marketing jest dość prosty w założeniu – zarabiamy, na czym się da. Jeśli zatem da się zarobić na nagłym zainteresowaniu wspinaczką wysokogórską, to zarabiamy.

„Ale oni zarabiają na czyjejś tragicznej śmierci” – i tak, i nie. Dramat, który rozegrał się pod Nanga Parbat, niesamowita akcja ratunkowa Elisabeth Revol, ostatecznie dramatyczna śmierć polskiego himalaisty -wszystko to napędzało zainteresowanie tematem. Cała Polska tym żyła, wszyscy o tym mówiliśmy, czekaliśmy na nowe informacje. To sprawiło, że część z nas chciała wiedzieć więcej. Czy to aby na pewno źle?

Po akcji ratunkowej, której podjęli się nasi himalaiści spod K2, pierwszy raz obejrzałam film Everest. Zaczęłam szukać filmów i książek na temat wspinaczki wysokogórskiej. Byłam głodna wiedzy na ten temat. Chciałam wiedzieć jak najwięcej, by jak najwięcej zrozumieć. Chciałam poznać punkt widzenia kogoś, kto się tym zajmuje, kto był tam wysoko, tam, gdzie ja nigdy nie będę, kogoś, kto być może przeżył jakąś tragedię. Nie chciałam czytać przypuszczeń internetowych znawców wszystkiego, chciałam wiedzy. Czy to źle? Nie!

Takich jak ja okazało się być więcej i bardzo dobrze. Nie ma nic złego w zdobywaniu wiedzy na dany temat. Milion razy lepsze to niż wymądrzanie się bez tej wiedzy, gdy jedyne, co umie się napisać, to „po co tam szli”. Ja zdecydowałam się dowiedzieć, po co. Nie twierdzę, że zrozumiem powód, ale go poznam.

Ktoś w dyskusji na ten temat zarzucił mi, że mogłam przecież zdobyć tę wiedzę wcześniej, że dopiero tragedia mnie zmotywowała, że nie jestem prawdziwa fanką i za rok nie będzie mnie to już interesować. Powtórzę: tak, bez tej tragedii himalaizm nie zainteresowałby mnie, ale nie ma znaczenia, co zmotywowało mnie do zagłębienia tematu na dany temat. Chęć zdobycia nowej wiedzy świadczy o mądrości, a coś nas musi zmotywować do tej chęci. Nie, nie jestem w ogóle fanką himalaizmu, ani prawdziwą ani pseudo. Jestem jedynie zainteresowaną. Bardzo możliwe, że za rok nie będzie mnie to już interesować. Może do tego czasu znajdę już odpowiedzi na pytania, które sobie zadaję. Nie ma w tym niczego złego. Kiedyś interesował mnie parkour, historia tatuażu i piercingu oraz żużel i nałogowo wchłaniałam wiedzę na te tematy. Zainteresowania się zmieniają.

Wróćmy jednak do marketingu i promowania wiedzy o himalaizmie zimowym. Oburzeni może i stwierdzą, że moja chęć zdobywania wiedzy nie jest w sumie zła, złe jest tylko, że książki o tym stoją na wystawie i wyświetlają się na głównych stronach księgarni internetowych. Więcej – są na nie promocje. Według tych osób powinnam sama szukać, sklepy nie powinny mi tego ułatwiać, bo to żer na tragedii, a już na pewno nie powinny robić promocji.

Jak to ktoś ładnie ujął w jednej z burzliwych dyskusji na ten temat: latem od drogerii wymagamy, że krem z filtrem będzie dobrze widoczny już na wejściu. Ta sama zasada działa przy szale na wszelkie inne tematy.

Adam Bielecki na swojej stronie też obecnie ma promocje na swoją książkę, też na nowo zaczął ją mocno promować. Kiedy jak nie teraz? Mamy obecnie szał na wspinaczkę i szał na Bieleckiego. Trudno się go czepiać, prawda? A przecież jego obecna sława też bazuje na tragedii. Zamawiając jego książkę bezpośrednio z jego oficjalnej strony można otrzymać drobny upominek, a jak wróci z wyprawy na K2 to egzemplarz z autografem. Tylko, że jeśli (nie daj Boże) nie wróci, to jego książka zamiast być w promocji – zdrożeje. No tak to działa. Dlatego ja wolałam swój egzemplarz kupić, kiedy jeszcze jest tańszy.

Marketing nigdy nie był szczególnie moralny, ale nie ma się co oburzać. Świat kręci się wokół kasy, więc spece od marketingu będą bazować na nośnych tematach, by jak najwięcej sprzedać, by jak najwięcej zarobić. Nie chcesz brać w tym udziału – kup książki jak szał minie, w stałej cenie. Ja – wybacz – skorzystam z promocji i tego, że księgarnie ułatwiają mi dostęp do interesującej mnie wiedzy, choćby tym, że sprowadzają książki, których już dawno u siebie nie mieli.

(Visited 355 times, 1 visits today)
Navigate