Priorytety

Szłam ostatnio do jednego z moich ulubionych sklepów w Warszawie – księgarni katolickiej na Miodowej.  Za każdym razem, gdy do niej idę, muszę przejść obok jadłodajni dla bezdomnych. Zawsze idę w takiej porze, że stoi przed nią tłum ludzi. Wszyscy tacy sami: zmarznięci, głodni, zniszczeni przez życie. Przyspieszam, by przejść ten kawałek drogi szybciej. Boję się, ale nie tych ludzi, a biedy od nich bijącej.

Tym razem nie przyspieszyłam. Popatrzyłam na tych ludzi najpierw idąc do księgarni, a później wracając z niej biedniejsza o kilkaset złotych. Popatrzyłam na wyładowaną po brzegi książkami siatkę, a później znów na smutne twarze bezdomnych. Pomyślałam wtedy o priorytetach.

Do porannej kawy zabijałam czas przeglądając w internecie torebki. W moim odczuciu drogie, ale myślę, że będę mogła sobie na jedną pozwolić. Potrzebuję dobrej jakości torebkę.

Mam jeszcze milion takich rzeczy, potrzeb, zachcianek, a wszystkie są absolutnym must have. Dążę powolutku do tego, by je mieć, by spełniać te potrzeby. Otaczam się mniej lub bardziej potrzebnymi rzeczami. Lubię wydawać pieniądze na przyjemności: moje, męża, dzieci.

Gdy wydaje mi się, że do szczęścia potrzebuję markowych butów, torebki i okularów, bezdomni z Miodowej chcą ciepłego posiłku, obojętnie jakiego. Ja wydziwiam z wegetariańskimi sajgonkami na obiad.

Brałam udział w konkursie „Gala Twórców Roku”. Miałam zaplanowane działania, by zebrać odpowiednią ilość smsów, by przejść dalej. Dzień po rozpoczęciu głosowania musiałam iść do lekarza. Czułam się coraz gorzej. Po raz kolejny podejrzewano u mnie nowotwór. Konkurs, który dzień wcześniej był dla mnie ważny, w tamtej chwili przestał w ogóle się liczyć. Nie prosiłam już o głosy, nie interesowało mnie, kto bierze udział, kto ma szanse wygrać, kto przeszedł dalej, chciałam mieć tylko pewność, że podejrzenie się nie sprawdzi.

Życiowe priorytety zmieniają się w zależności od miejsca, w którym stoimy. Możemy być jak ten bezdomny pragnący tylko coś zjeść, jak bloger pragnący zdobyć tytuł bloga roku, jak bogacz, który chce jaguara. Ktoś zaraz powie, że właśnie dlatego trzeba doceniać, to co się ma i niech chcieć za dużo, bo liczy się – dajmy na to – zdrowie. Takie blablanie.

W momencie, gdy znów stanęłam przed opcją spędzenia kilku lat na onkologii, szłam po Miodowej i przymierzałam RayBan’y zrozumiałam, że nie ma absolutnie nic złego w tym, że się chce, że priorytetem dla kogoś jest torebka od Louisa Vuittona, że to dobrze, że właśnie takie potrzeby mamy. Zrozumiałam, że wolę, by moim marzeniem były drogie buty, a nie ciepły posiłek i zdrowie, bo to oznacza, że ciepły posiłek jest dla mnie rzeczą oczywistą, że nie muszę o nim marzyć, a to oznacza, że mam dobre życie.

Dobrze jest doceniać rzeczy, które się ma. Zwłaszcza te, których kupić nie można: zdrowie, kochającą rodzinę, dzieci, wspaniałego męża, cudowną żonę, ale nie ma sensu się katować, mieć wyrzutów sumienia, że poza tym chce się dóbr materialnych, rzeczy ekskluzywnych, bo to oznacza, że jesteś w całkiem niezłym punkcie swojego życia. Doceniam więc, że, zamiast martwić się chorobą nowotworową, zastanawiam się, skąd wziąć 500 złotych na okulary.

(Visited 379 times, 1 visits today)
Navigate