Pozwól im odejść

Najpierw był M. Mój najlepszy przyjaciel. Wszystko schrzanił, wyznając mi miłość, a ja wszystko schrzaniłam w końcu temu wyznaniu ulegając. Dziś już nie pamiętamy krzywd, które sobie wyrządziliśmy, a było ich sporo. Nie widujemy się, bo nie możemy, bo każde nasze spotkanie kończyło się jakąś nadzieją, iskrą, chemią, z której nic nie wynikało, z której nie byłoby nic dobrego. Do dziś jednak prześladujemy się w myślach, ciągnie nas, by się dowiedzieć, co słychać. Cisza jest lepsza, bo tak naprawdę tęsknię za naszą przyjaźnią – nie za M.

Później był N. N., bo lubi swoje imię w wersji Nikodem. Lubiłam spędzać z nim czas: rozmawiać, spacerować, oglądać filmy, milczeć. Mogłam na niego liczyć w sytuacjach, w których często nie można liczyć na najbliższych. Spędzaliśmy ze sobą całe dnie i noce, często dyskutując o rzeczach tak dziwacznych jak wiewiórki w parku i Werter. On przynosił mi papierosy, ja go karmiłam. Przychodził do mnie na śniadania zamiast iść na zajęcia, uczył się ze mną do mojej matury, był ze mną na balu z okazji zakończenia szkoły. Często po prostu był. Później nasze drogi się rozeszły, a, gdy znów się spotkały, po N. nie było już śladu. Kilka razy próbowałam odnaleźć w nim tę osobę, która tak bardzo lubiłam. Na marne. Czasem wciąż o nim myślę, zastanawiam się czy wrócił. Nie warto sprawdzać.

Następny był W. Taki grzeczny chłopiec ze szkółki niedzielnej. Trochę ode mnie młodszy, wiecznie wyglądający jak siedemnastolatek. Jego wygląd zawsze mnie rozczulał. Traktowałam go trochę jak maskotkę, do której zawsze można się przytulić. W. był cholernie inteligentny i mądry. Miał tez bardzo ciekawy pogląd na świat. Był też gentlemanem, ale takim prawdziwym, z dawnych czasów. Drzwi przytrzymał, pomógł założyć płaszcz, krzesło odsunął, itp.  Widywaliśmy się rzadko, ale, nawet gdy spotkaliśmy się po trzyletniej przerwie, miałam wrażenie, że widzieliśmy się wczoraj. Gdy już się spotkaliśmy i zaczęliśmy rozmawiać, trwało to prawie do samego rana. Później W. się zmienił. Nic nie zostało z niedzielnego chłopca. Mieszkamy w tym samym mieście, nie widzieliśmy się ani razu. Czasem zastanawiam się, co u niego, ale nie chcę tego sprawdzać. Wszak odpowie mi ktoś inny.

Myślę o tych ludziach, bo kiedyś byli mi bliscy. Myślę o nich, bo niby wciąż są, a jednak już dawno ich nie ma. Istnieją tylko w moim umyśle jako wspomnienia. Spotykając ich dziś, poczułabym tylko rozczarowanie, a jednocześnie wciąż mocno pielęgnowałam myśli o nich. Myśli, które czasem mnie zatruwały, nie pozwoliły mi iść dalej. W końcu dojrzałam do tego, by pozwolić im odejść.

Są takie znajomości, tacy ludzie, od których trudno się odciąć, a jednocześnie to jedyne, co możemy zrobić. Ludziom należy pozwolić odchodzić, nawet jeśli są tylko wspomnieniem. Czas zrobić miejsce na inne wspomnienia.

Każdy z nas przeżył znajomość, która odbiła na nim piętno. Każdy z nas za kimś tęskni, jakiejś znajomości żałuje, ale czasem jedyne, co możemy dla siebie zrobić, to pożegnać tę osobę. Na zawsze. Pozwolić jej odejść. Ja pozwoliłam.

(Visited 403 times, 1 visits today)
  • Łatwo było pozwolić im odejść? Bo to jest często problem, ludzie wiedzą, że chcą, ale nie wiedzą jak…

Navigate