Porozmawiajmy o pracy na onkologii

Nie wiem, kiedy hasło „onkologia to życie” stało się czymś więcej niż tylko tytułem mojej notki. Myślę, że największy wpływ na to miała moja wizyta na oddziale onkologii, na którym się leczyłam. To wtedy pojawiła się myśl, że nie chcę tego tematu porzucić. Po kolejnym onkologicznym tekście pomyślałam, że chciałabym onkologię przedstawić z perspektywy innych osób i stąd się wziął pomysł na wywiady.

Moim pierwszym rozmówcą jest Pani Małgorzata Siewkowska – pedagog specjalny, która pracuje na oddziale onkologii w Poznaniu jako wychowawca zajęciowy.

O Pani Małgosi już wielokrotnie wspominałam, gdyż to ona zaprosiła mnie na onkologię. Od lat znamy się osobiście, bo towarzyszyła mi przez długi czas mojego leczenia. W rozmowie ze mną opowiada przede wszystkim o pracy z dziećmi chorymi na nowotwór.

12092550_934703409899132_903733169_n

Dziewczyna z obrazka: Poznałyśmy się, gdy byłam pacjentką oddziału. Czy to była Pani pierwsza praca na onkologii?

Pani Małgosia: Taka oficjalna praca to tak, ale w czasie studiów przychodziłam na onkologię w ramach Indywidualnego Toku Studiów. Także pracowałam przez 3 lata na studiach, 3 razy w tygodniu.

Czyli praca na onkologii to był wybór, a nie przypadek?

Oj, wybór, po studiach czekałam przez 2 lata, aż zwolni się etat, ale tylko na onkologii.

Dlaczego akurat onkologia?

Kiedy miałam 10 lat, zachorował mój tata, miał krwiaka mózgu, leżał w szpitalu pół roku. Po operacji uczył się mówić, chodzić, jeść. Obracałam się wśród osób chorych. Potem sama leżałam w szpitalu, gdzie był chłopiec po wypadku, bawiłam się z nim całe dnie i zaczęłam marzyć o pracy z ludźmi chorymi. Potem to ewoluowało. Szukałam swojego miejsca.

Od samego początku myślała Pani o pracy z dziećmi, czy to było bez znaczenia?

Już wybór kierunku studiów trochę to determinował. Wcześniej myślałam o rehabilitacji, ale to AWF, więc odpada – jestem zbyt leniwa.

W życiu bym Pani o lenistwo nie podejrzewała.

Wychodzę z założenia, że sport jest niebezpieczny, tylu sportowców umiera 😉

Wykorzystam to kiedyś. Przejdźmy do kolejnego pytania. Co Pani lubi w swojej obecnej pracy najbardziej?

Najmniej lubię monotonię, a najbardziej wszystko: kontakt z dziećmi, kontakt z rodzicami, rozmowy przy pracy, żarty – pewnie wielu osobom wydawałyby się one nie na miejscu. Uwielbiam coś wymyślać, rozbijać schematy. Kontakt z dziećmi, z ludźmi chorymi wzbogaca, ustawia wartości we właściwej kolejności.

A co w Pani pracy jest najtrudniejsze?

Nasuwa się odpowiedź, że śmierć dzieci, ale choć to trudne, to trudniejsze jest patrzenie na rodziców, którzy w sytuacji choroby i odchodzenia jednego dziecka tracą pozostałe, bo najważniejsze było tylko to jedno. Najtrudniejsze jest patrzenie na ból rodziców, którym kończy się świat, którym wydaje się, że śmierć dziecka to najgorsza rzecz, jaka mogła im się przydarzyć.

Nie da się ukryć, że onkologia jest pełna śmierci. No, właśnie i tu nasuwa mi się kolejne pytanie: Czy można się na nią uodpornić? Czy po ponad 10 latach pracy na oddziale można uodpornić się na cierpienie i śmierć dzieci?

Nie, nigdy. Oczywiście, nie wszystkie dzieci przeżywa się tak samo. Są rodziny, z którymi związujemy się bardziej, z innymi mniej. To naturalne, ale płacz i cierpienie zawsze ściskają serce. Przychodzą chwilę, tak co jakiś czas, kiedy robię badania moim dzieciom, wszystko na cito, bo mam schizę.

Skoro jesteśmy już przy pacjentach. Są tacy, którzy zapadli Pani szczególnie w pamięć? Dlaczego oni?

Tak, wielu. Dlaczego oni? Nie wiem. Pewnie coś zadziało się między nami, pojawiła się jakaś iskra. Pamiętam Ciebie, dlatego, że fascynuje mnie, i zawsze fascynowała, Twoja siła, podejmowanie decyzji, odwaga w obronie swoich poglądów. Pamiętam Partycję; Dawida – piłkarza, którego mama żyje tak, jakby nic się nie wydarzyło; Andrzeja, z którym przegrałam piwo, a który niedawno się żenił; Justynę, która przyszła do szpitala 6 maja, a ja rozpoczęłam pracę 4. Gdy jest się na oddziale po 4-5 godzin codziennie, nawiązuje się bliskie relacje. Wiemy o sobie prawie wszystko. Wspólnie obchodzimy uroczystości rodzinne, opowiadamy o problemach, mężach, dzieciach, szkole. Przez kilka miesięcy nawiązujemy relacje, które trwają.

Na pewno te relacje trwają. Nasze drogi co jakiś czas się spotykały. Pamiętam, że ostatni raz widziałyśmy się na pożegnaniu pani ordynator, teraz znów się znalazłyśmy, gdy założyłam bloga i napisałam ten tekst, od którego wszystko się zaczęło. Tak z perspektywy pacjenta, Pani staje się rodziną, oddział drugim domem. Skoro już o tym rozmawiamy… Pani praca wydaje mi się być przepełniona emocjami. Jak oddziela ją Pani od życia prywatnego?

Niestety, nie oddzielam. Moje dzieci często znają dzieci ze szpitala, zapraszają się nawzajem na urodziny. Wiedzą, że w życiu nie jest się tylko zdrowym, pięknym i bogatym. Często wymyślam rzeczy i spotkania, które muszę w domu dograć, obdzwonić, albo które odbywają się w sobotę, czy wieczorem, więc oddział żyje w moim domu. Na różne imprezy zabieram też moje dzieci, czasem nawet mój mąż idzie.

Nigdy nie robi sobie Pani wolnego od oddziału? Taki dzień tylko dla rodziny, z dala od pracy?

Oczywiście, że takie są, ale jestem w kontakcie z oddziałem. Oj, to brzmi jak uzależnienie. Ale nie czytam książek o chorych na raka! Myślę, że nie traktuję tego jak pracy, a jak moje życie.

Takie życiowe powołanie. I nie miała Pani nigdy momentu, w którym poczuła się zmęczona tą pracą? Nie chciała Pani nigdy powiedzieć dość?

Nie. Miałam kryzys, ale związany był z układami w pracy, zawiścią, niezrozumieniem i podkopywaniem.

Chciałam podsumować naszą rozmowę tym ostatnim pytaniem. Przyświeca nam hasło „Onkologia to życie”. To zupełnie inne spojrzenie niż to, którym karmią nas media i wszelkie fundacje. Czy mogłaby się Pani do tego hasła jakoś odnieść. Powiedzieć jak z Pani perspektywy wygląda życie na oddziale? Jak Pani rozumie to hasło?

Można na to hasło spojrzeć wielowątkowo. Po pierwsze, onkologia walczy o życie, daje nowe, przedłuża, to punkt widzenia medyczny. Po drugie, choroby istnieją i w dobie pięknych i bogatych warto pamiętać, że wśród nas istnieją ludzie chorzy, którzy mają takie samo prawo normalnie funkcjonować. I to właśnie, po trzecie, onkologia to życie, czasem dla niektórych jedyne, ale tak samo ważne, wartościowe. Życie, w którym jest miejsce na śmiech, płacz, na miłość, bliskość, na fryzjera, masaż, kino, kawę, seks i kłótnie. (Ale połączenie mi się nasunęło…) Onkologia to prawdziwe życie.

Dziękuję, że znalazła pani czas na rozmowę.

Chciałam dodać coś jeszcze, mogę?

Śmiało.

Miałam takie doświadczenie, po kilku latach pracy, w 2008 roku znalazłam się na oddziale z moją córką. Dostałam wiadomość z poradni, że powinnam zgłosić się do hematologa, bo Marysia ma 4,5 hgb. Nie muszę Ci wyjaśniać, ile to jest. Rozumiesz.

Rozumiem.

Zadzwoniłam do ówczesnej pani ordynator, która natychmiast kazała mi stawić się na oddziale. To był wieczór , dyżur miała, wtedy jeszcze młoda lekarka, która poprosiła, bym została na noc, bo jest zagrożenie życia. I tak spędziłam noc na onkologii z własnym dzieckiem. Przejście z jednej strony szyby na drugą jest szokiem. Świat wygląda inaczej. Mamy bardzo mnie wspierały. Pytały, czy piłam, czy jadłam. Noc jest inna, żyje swoim życiem. To nie jest czas błogiego odpoczynku. To kroplówki, płukania, sikanie co chwilę. Nikt mi nie powiedział, że mam wyjść. I tak bym nie wyszła. Byłam chyba wtedy jedynym rodzicem na oddziale. Ale to wydarzenie pokazuje, że nic od nas nie zależy i nie możemy się zabezpieczyć i zaczarować swojego życia. Marysia była na onkologii 3 dni, diagnozę stawiali już na innym oddziale, dzielnie zniosła punkcje szpiku, podanie krwi. Poznała Zuzię, której później, w miarę możliwości i rozsądku, towarzyszyła do końca. Moje dzieci traktują moją pracę i wydarzenia z nią związane naturalnie. Wiedzą, że czasem jedziemy na pogrzeb, ale też wiedzą, że idziemy z dzieciakami na mecz, koncert albo na spotkanie z piłkarzami. To też pewnie jest trochę ich życie.To pierwsza rzecz.

Chciałam też Ci powiedzieć, że pewnie nie umiałabym radzić sobie, gdybym nie była wierząca. Naprawdę uważam, że odchodząc, odchodzimy do lepszego świata. Zostawiamy za sobą cierpienie i ból. Gorzej jest tym, co zostają. Bez tej pewności nie dałabym rady śmiać się i żartować w obliczu cierpiących dzieci.

No, właśnie, czy widząc tyle cierpienia można nadal wierzyć w Boga? Wierzyć, że on nas kocha?

Można, przecież to nie On jest za to odpowiedzialny. Nikt nigdy nie obiecywał, że w życiu będzie tylko dobrze. Nie jestem teologiem i pewnie za mało wiem na ten temat, ale dzieci umierają z uśmiechem. Towarzyszyłam takiej osiemnastolatce w odchodzeniu, potem mogłam się z nią pożegnać, a ona była uśmiechnięta – szeroko uśmiechnięta to był dla mnie dowód na istnienie Boga.

(Visited 1 007 times, 1 visits today)
  • Studiowałam pedagogikę specjalną i pierwsze moje zajęcia miałam właśnie z profesorem, który również pracował na oddziałach onkologii – teraz już nie pamiętam, chyba jako psycholog. Żaden inny wykładowca nie mówił tak pięknie o swoim zawodzie, choć miałam wrażenie, że oswojenie ze śmiercią wiele go kosztowało. Tu tych „kosztów” nie widzę. Wiem, że wywiad to marny wycinek rzeczywistości, ale gratuluję pani Małgosi, również jako pedagog, pozytywnego podejścia i zaangażowania.

Navigate