Poliamoria to nie pełnia szczęścia

Ostatnio bardzo nachalnie atakuje mnie temat poliamorii. Widocznie musiałam coś przegapić i dlatego nie rozumiem, skąd to nagłe zainteresowanie tym tematem. Zaskoczyło mnie, że znaczna część osób poliamorię łączyła z biseksualnością. Wdałam się zatem w dyskusję z pytaniem, czy coś zmieniło się w kwestii definiowania poliamorii, bo według mojej wiedzy orientacja seksualna nie miała tu nic do rzeczy.

Zanim przejdę dalej, wyjaśnię tym, którzy tego nie wiedzą, czym jest poliamoria. W skrócie: jest to posiadanie więcej niż jednego życiowego partnera. Ważne jest to, że ci dodatkowi partnerzy/partnerki nie są tylko partnerami seksualnymi i tym poliamoria różni się od otwartego związku. W otwartym związku jesteśmy związani uczuciowo i życiowo z jednym partnerem, a jedynie strefę seksualną dzielimy z innymi. Poliamoria to kilka związków jednocześnie.

Nie mnie oceniać ludzi, którzy w takich układach żyją. Ich cyrk, ich małpy. Do napisania tego tekstu skłoniło mnie coś innego. Mianowicie, w dyskusjach na temat poliamorii narzucano mi, że taki układ to pełnia szczęścia i ludzie żyjący w wielu związkach są znacznie szczęśliwsi niż ci żyjący w związku monogamicznym. Opierano to na doświadczeniach znajomych i własnych. Rzecz w tym, że ja także mam znajomych i własne doświadczenia.

Powtórzę: nie mam nic przeciwko poligamistom, mam za to coś przeciwko twierdzeniu, że ich związki są szczęśliwsze od związków monogamicznych.

Żyłam kiedyś w podobnym układzie. Dziś uważam, że nie była to żadna poliamoria, a zwyczajnie toksyczny układ, wtedy jednak tego nie wiedziałam. Zgodziłam się na coś, bo byłam zakochana i nie chciałam stracić mężczyzny, którego kochałam. Tolerowałam zatem to, że ja jestem z doskoku, a on mieszka i śpi z kimś innym. Tylko im dalej w las, tym bardziej mi to przeszkadzało, choć, gdy wchodziłam w ten układ, byłam przekonana, że tak nie będzie. Dodatkowo uważałam, że nie mam prawa się skarżyć, bo znałam warunki i się na nie zgodziłam. Dopiero gdy się okazało, że z całego tego czworokąta odpowiada to tylko jednej osobie, cały ten chory układ się rozpadł.

Mam świadomość, że są ludzie, którzy odnajdują się w takich relacjach i nie wygląda u nich to tak jak u mnie, a faktycznie odczuwają pełnię szczęścia, ale to są wyjątki. Narzucanie ludziom, że, tylko żyjąc w kilku związkach, będą w pełni szczęśliwi, jest szkodliwe. Część z nich może spróbować zaciekawiona tematem, jednocześnie rozwalając swoje dotychczasowe związki.

Wielokrotnie jest też tak, że ktoś twierdzi, ze nigdy nie był szczęśliwszy niż w takim układzie z tym, że okazuje się po czasie, że tego szczęścia ktoś w nim nie podzielał. Znam całkiem sporo poliamorycznych związków, ale nie znam ani jednego, który by to na dłuższą metę przetrwał. W pewnym momencie dodatkowy partner lub partnerka wycofywali się. O tym właśnie zapominamy, że ktoś tu zawsze jest dodatkowy, choć zwolennicy pewnie kłócą się, że tak nie jest.

Poliamoria to nie jest sielanka, na jaką kreują ją jej zwolennicy. Utrzymanie jednego związku wymaga ogromnych nakładów pracy nad sobą i związkiem, a co dopiero, gdy jest się w kilku? Dodatkowo w takich układach ktoś zawsze jest tym bliższym, tym ważniejszym. W tej kwestii zdania nie zmienię. Ślub można wziąć tylko z jedną osobą, na ogół na dzieci też decyduje się tylko z jednym z wielu partnerów, tylko z jednym z nich się mieszka. Ten ktoś zawsze będzie tym bliższym, ważniejszym.

Kiedyś czytałam wywiad z rodziną (były w niej dzieci) żyjącej w poliamorii. Poczułam oburzenie, gdy mężczyzna z wywiadu opowiadał jak szuka drugiej partnerki. Otóż najpierw rozkochiwał w sobie wybrankę, a dopiero później jej mówił, że ma już żonę i będą żyć w związku poliamorycznym. Tłumaczył to tym, że, gdy się jest zakochanym, to łatwiej zgodzić się na taki układ. Dla mnie to było zwykłe oszustwo i wykorzystanie drugiej osoby. W taki układ powinno wchodzić się świadomie, a nie kierowanym emocjami. Niech będzie, że taka zakochana dziewczyna się zgodziła (tak jak ja), a po czasie, gdy zakochanie mija zaczyna cierpieć (tak jak ja). Zatem, czy osiągnęła pełnię szczęścia?

Chcę wierzyć, że ludzie są w takich związkach szczęśliwi, naprawdę. Ale nie wierzę i nie uwierzę. Nie krytykuję, nie oceniam, ale nie wierzę w poliamorię ani związki bez zobowiązań. Nie wierzę w suche układy między między ludźmi. W pewnym momencie do głosu dochodzą uczucia, a te bywają nieprzewidywalne.

(Visited 376 times, 1 visits today)
Navigate