Podziwiam hejterów

Wszyscy dobrze wiemy, że hejt jest po prostu zły, a hejter ma gówno zamiast mózgu, a przynajmniej takie krążą legendy. Mimo to zjawisko hejtu mnie zachwyca. Zachwyca mnie fakt, że hejterami nie są tylko przedstawiciele gimbazy, ale też ludzie, którzy w swoim otoczeniu pewnie uchodzą za dorosłych, poważnych i statecznych. Ot, taka matka trójki dzieci, księgowa, przykładna żona, w internecie jest hejterką. Hejt zachwyca mnie jednak przede wszystkim z innego powodu, a mianowicie, niesamowite jest dla mnie to, że komuś w ogóle chce się być hejterem.

Ostatnio na jednej z blogerskich grup, pewna blogerka wrzuciła treść wiadomości prywatnej od swojego czytelnika, który poinformował ją, że: czyta jej bloga od początku, ostatnia notka mu się nie podoba więc autorka ma ją skasować, od teraz przestaje czytać bloga.

Postawiłam się na miejscu autorki tego posta. Wyobraziłam sobie, że dostaję wiadomość o takiej treści i… i nic. Dostałam, przeczytałam, skasowałam. Koniec. Naszła mnie myśl, dlaczego ludzie czują potrzebę poinformowania blogera, że przestają go czytać? Wielokrotnie przestawałam obserwować jakiegoś bloga, ale nigdy nie czułam obowiązku informować o tym autora, bo przede wszystkim jego to nie obchodzi. Wiecie, my nie lubimy tracić czytelników, ale też średnio mnie obchodzi to, że komuś się coś na moim blogu nie podoba i przestaje go czytać. Nie zmienię z tego powodu poglądów. Nie zamknę bloga. Nie zamknę siebie.

Pod postem, o którym wyżej wspomniałam, wypowiedziała się Noemi, autorka bloga „Matka Prezesa”, która napisała, że jest już na takim etapie blogowania, że ludzie zakładają fikcyjne e-maile tylko po to, by do niej napisać i ją obrazić. Rozśmieszyła mnie także historia o tym, jak jedna z czytelniczek oskarżyła ją o wymyślenie sobie swej drugiej połówki. Czytelniczka wie, jak się okazuje, że facet Noemi tak naprawdę nie istnieje i jest tylko wytworem blogerskiej wyobraźni.

Szczerze mówiąc ja byłam tym zachwycona, serio. Bardzo chciałabym być na etapie blogowania, w którym ktoś poddaje w wątpliwość istnienie jeszcze nie męża. Pomyślałam sobie o tych fikcyjnych kontach, z którymi musi się użerać Matka Prezesa, o oskarżeniach i wtykaniu nosa w jej życie prywatne i zaczęłam darzyć hejerów podziwem. Podziwiam ich chęci, naprawdę.

Gdy coś mi się nie podoba, nie lubię jakiegoś bloga albo blogera, to po prostu go omijam. Szkoda mi czasu i cennej energii na czytanie rzeczy, które mi się nie podobają, a kompletnie nie czuję potrzeby informowania autora, że mi się treści przez niego zamieszczane nie podobają. On, to i tak ma w dupie, a ja jestem zbyt leniwa, by pisać coś do kogoś, kogo i tak to nie obchodzi.

Ostatnio czytałam dyskusję, taką małą aferkę, tak małą, że nawet na miano gównoburzy nie zasługuje, chodziło o pewnego blogera. Bloga nie lubię, z blogerem się nie zgadzam, więc go po prostu nie czytam. Mimo, że nie tylko ja uważam jego publikacje za wypociny, to znalazło się całkiem spore grono, które postanowiło o tym napisać. Czytałam więc te wszystkie komentarze (a było ich ponad 100 i wciąż przybywało) krytykujące bloga, blogera, konkretną treść i… zmęczyłam się. Samym czytaniem hejtu, który rzekomo hejtem nie był, tak się zmęczyłam, że zaczęłam się zastanawiać, po co ja to w ogóle czytam, po co tracę swój czas na hejt, przecież nie zamierzałam dołączyć do dyskusji. Tym bardziej zaczęłam podziwiać osoby, którym hejterami chce się być, którym chce się pisać negatywne opinie. Zawsze znajdę siłę, by napisać autorowi tekstu coś miłego, ale nigdy jej nie znajdę, by mu napisać, że jest idiotą, nawet jeśli tak uważam.

To jest dla mnie naprawdę niesamowite, że komuś się chce. Jednocześnie jednak przeraża mnie też, że komuś tak bardzo chce się obrażać innych ludzi. To fascynujące, ale i jeszcze bardziej przerażajace. Przerażające jest to, że ktoś ma tyle czasu, energii, a przede wszystkim chęci do obrażania innych ludzi. Dochodzę do wniosku, ze hejterem nikt się nie rodzi, bycie hejterem to kwestia wyboru. Żeby być hejterem z prawdziwego zdarzenia, trzeba chcieć nim być, traktować to niemal jak etatową pracę. Przykład Noemi to pokazuje. Komuś chce się ją nękać, czerpie z tego niezrozumiałą dla mnie satysfakcję, czuje potrzebę ubliżania jej, informowania jej, jak bardzo mu się nie podoba to, co ona robi. I to jest straszne, naprawdę straszne.

Wiecie co? Mimo wszystko nadal mnie to zachwyca. Zachwyca mnie, bo jest tyle ciekawych zajęć, a ktoś woli zajmować się pluciem jadem w anonimowe osoby. Z drugiej strony, można sobie tylko pogratulować, że blog ma tak wielki wpływ na czyjeś życie.

(Visited 204 times, 1 visits today)
Navigate