Pierwszy krok

Pamiętam to bardzo dobrze. Siedziałam ze znajomymi. Toczyła się jakaś rozmowa, a ja w kółko powtarzałam „co?”. Bawiło nas to. Bawiło znajomych, bawiło mnie.

Siedziałam na blacie w kuchni razem z siostrą bliźniaczką. Moja mama właśnie wróciła z pracy. Zaczęłyśmy rozmowę, ale ja nic nie rozumiałam. Siostra rozmawiała z mamą, a ja wciąż prosiłam o powtórzenie. Byłam tym powoli zmęczona i poirytowana. Mama natomiast zmartwiona. Problem zaczął być uciążliwy. Wciąż byłam pod opieką poradni onkologicznej i tam zgłaszałam swoje problemy zdrowotne, postanowiłam więc, że przy najbliższej okazji zgłoszę i ten. Byłam przekonana, że mi pomogą i problem się skończy. Skoro z tylu rzeczy mnie wyleczyli, to i z tego będą umieli.

Onkolog skierował mnie do laryngologa, laryngolog na audiogram, audiolog zaś kazał wrócić do laryngologa. Szybko poszło. Żadnego czekania miesiącami do specjalisty. Siedziałam w wygodnym fotelu u laryngologa. Moja mam zajmowała krzesło przy jego biurku. Lekarz najpierw zbadał mnie, a później zaczął przeglądać wyniki badań. Starałam się rozumieć, o czym rozmawiają. Przestałam słuchać, gdy usłyszałam – aparat słuchowy.

Miałam ochotę wstać z tego fotela, krzyczeć, że się pomylił, że chyba zwariował, że nie będę tego nosić, że mam tylko 15 lat, że nie jestem nienormalna (jakby to miało jakikolwiek związek), że miał mnie wyleczyć, a nie robić ze mnie upośledzoną. Zamiast tego po prostu zaczęłam płakać. Widziałam przez łzy, że lekarz tłumaczy mojej mamie, jak dojechać do wypasionej firmy z aparatami. Pojechaliśmy od razu.

Byłam wściekła. Nie chciałam o tym słyszeć. Nienawidziłam ich wszystkich, a najbardziej tego pana, który miał dobrać mi aparat. Musiał mieć doświadczenie ze zbuntowanymi nastolatkami, gdyż cały czas był pogodny i cierpliwy, nawet wtedy, gdy ja w odpowiedzi na niego warczałam lub mruczałam coś pod nosem. Pokazywał mi wkładki, tłumaczył, co jest czym, wyjaśniał działanie aparatu, przymierzał mi je, a ja go coraz bardziej nienawidziłam.

Niedługo potem znów się spotkaliśmy. Byłam odebrać własne aparaty. To był mój pierwszy krok na długiej drodze do samoakceptacji.

Boimy się diagnozy. Diagnoza brzmi jak wyrok. Póki jej nie znamy, możemy udawać, że wszystko jest dobrze. Możemy okłamywać samych siebie, że jesteśmy zdrowi, nie mamy żadnych problemów. Poddanie się diagnozie zobowiązuje, zmienia nasze życie, a ludzie często nie są na tę zmianę gotowi. To wszystko to iluzja, gdyż w momencie choć częściowej utraty słuchu nasze życie się zmienia.  Istotne jest, aby pozwolić sobie pomóc, ale, aby to zrobić, trzeba być gotowym na konfrontację z własnym problemem.

Powiem wprost: poradzisz sobie z tym. Brzmi jak truizm, ale tak właśnie jest. Przed Tobą długa droga. Żeby jednak pokonać swojego przeciwnika, musisz wiedzieć, z kim walczysz. Żeby pokonać swoje słabości, a z czasem i zamienić je w siłę, musisz najpierw je poznać, musisz się do nich przyznawać, musisz przyjąć ich istnienie do wiadomości. Uciekając ich nie pokonasz. Tak było z moim niedosłuchem, z moją diagnozą. Każda droga, nawet ta najdłuższa, zaczyna się od pierwszego kroku. Nie bój się go zrobić.

(Visited 337 times, 1 visits today)
  • Sonia Doktór

    Coś w tym jest. Jak u mnie zdiagnozowano Hashimoto z niedoczynnością tarczycy to też szczęśliwa nie byłam, bo lekarz bez ogródek powiedział mi co mnie jeszcze czeka przy tej kompilacji – przede wszystkim leczenie do końca życia (brzmi jak kiepski wyrok…), RZS, cukrzyca, może też być Alzheimer, niepłodność lub problemy z donoszeniem ciąży (coś w tym jest pierwszą poroniłam, teraz mając 27 lat mam problem z za wcześnie rozchodzącą się miednicą, trzymaj kciuki żebym nie wylądowała w szpitalu), problem z utrzymaniem prawidłowej wagi (wiecie jak wygląda dziewczyna 169cm wzrostu, która waży 84kg mimo aktywności fizycznej?), ciągłe zmęczenie, bezsenność, problemy z sercem (pół roku później zdiagnozowano mi nerwice serca), niedosłuch (też ciągle pytam „co?”, szczególnie jak ktoś za szybko mówi, albo mówi normalnym tonem) i wiele innych. Wiesz jaka była moja reakcja? Zapytałam się rodziców, którzy całe życie jeździli ze mną od lekarza do lekarza (z różnych powodów, pomijam jeżdżenie codzienne do mnie do szpitali), czy nie mogli się bardziej postarać i mnie dorobić. Wtedy też pomyślałam, że żałuje że mnie uratowali z zapalenia otrzewnej. Po latach złości, walki z dietą którą muszę trzymać, strachu z roku 2014, że jestem bezpłodna muszę stwierdzić, że nic nie jest w stanie mnie złamać. Dopięłam swego mimo wyrzeczeń (polskiego morza nie widziałam od 9 lat, bo nie mogę) i wali mnie to, że będę mieć cukrzycę – najważniejsze, że w ciąży jest w miarę w porządku i dziecię nasze rozwija się jak należy. Poza tym tyle szczęścia w tym moim „nieszczęściu” mnie spotkało, że nie mam co narzekać i walić głową w mur. 🙂

  • Asia Kosecka

    Jak mi postawili diagnozę – to był 2006 rok, a ja byłam wtedy szczylem – to byłam wściekła na wszystkich, a najbardziej na rodziców i sobie nie wyobrażałam życia z całym tym szpitalnym szajsem…
    Teraz już to po mnie spływa… Choć szpitala unikam jak ognia – osobiste złe wspomnienia, mogłabym napisać krótki horror na ten temat :D.

  • Super tekst!

  • Pingback: Aparat Słuchowy Jest Fajny | Dziewczyna Z Obrazka()

  • Pingback: Cudowny chłopak i aparaty słuchowe | Dziewczyna z obrazka()

Navigate