Obiecanki cacanki

Mamo, mamo! Obiecałaś, że pójdziemy dziś do Smyka żebym mógł kupić Nerf’aprzypomniał mi po raz tysięczny Młody Starszy.

To prawda, obiecałam mu. Od tygodni, dzień w dzień, prosił, mnie bym pokazała mu ofertę sklepu, bo wciąż nie mógł się zdecydować, którą zabawkę chce. Gdy już zdecydował, to znów chciał codziennie oglądać zdjęcia wybranego modelu, dopóki prawdziwy nie znajdzie się w jego rękach. Zatem obiecałam, że w dniu kieszonkowego pojedziemy do największego Smyka w Warszawie, żeby kupić wymarzoną zabawkę, na którą Młody Starszy od kilku miesięcy zbierał pieniądze. Dzień nastał, a mi się tak bardzo nie chciało opuszczać domu.

Mamo, obiecałaś mi poczytać – stanął przede mną Młody Młodszy w książeczką pod pachą.

Faktycznie, obiecałam. Tylko że miałam tak strasznie meczący dzień, padałam na twarz i ostatnie, co miałam ochotę robić, to czytać książeczki dla dzieci. Jęknęłam w duchu.

Mamo, obiecałaś, że pójdziemy dziś na ten duży plac zabaw – chórem oznajmili synowie gotowi do wyjścia.

Żar lał się z nieba. W domu dzięki kilku wentylatorom było przyjemnie chłodno. Dlaczego nie mogliśmy zostać w domu w tym przyjemnym chłodzie? Dlaczego dzieci zawsze mają tyle energii i żadna pogoda ich nie zniechęca?

Przez dziewięć lat bycia matką historii „mamo, a obiecałaś…” mam całe setki. Za każdym razem, gdy słyszę, że coś obiecałam, to bez względu na to, co czuję i myślę, pada tylko jedna odpowiedź – wiem, pamiętam. Bez względu na to, jak bardzo danego słowa nie chciało mi się dotrzymywać, zawsze go dotrzymałam, bo jest to dla mnie jedna z najważniejszych rzeczy w wychowaniu dziecka, aby zawsze, ale to zawsze, dotrzymać danego dziecku słowa.

Chcę nauczyć synów, że obietnica to ważna sprawa. Chcę by wiedzieli, że „obiecuję” nie oznacza „może mi się uda”. Chcę, by teraz i w dorosłym życiu ich słowo miało znaczenie, miało moc. Chcę bym ja, ich koledzy i przyjaciele mogli na moje dzieci liczyć. To wszystko mogę zyskać tylko dając własny przykład, nie wykręcając się od obietnic.

Widziałam wielokrotnie dzieci zanoszące się płaczem zawodu i wykrzykujące „przecież obiecałeś”. Obiecałeś: że kupisz, nie będzie bolało, że mnie nie zostawisz. Widziałam rodziców, którzy na ten płacz zawodu wzruszali po prostu ramionami, bo „to tylko dziecko”.

Rzecz w tym, że to „tylko dziecko” chłonie jak gąbka. Patrzy na nas, rejestruje i zapamiętuje. Na podstawie tego uczy się od nas rodziców, jakim być człowiekiem. Nie dotrzymując obietnic, wychowujemy człowieka gołosłownego, z którego ust „obiecuję” będzie padać bezrefleksyjnie. Lubisz takich ludzi? Ja nie. A chcę lubić własne dziecko. Chcę mieć pewność, że jeśli za 20 lat mi powie: „mamo odwiedzę cię w sobotę, obiecuję” to naprawdę przyjdzie, bo obiecało. Dlatego dziś traktuję moich kilkulatków tak, jak sama chciałabym być przez nich traktowana, m.in. nie rzucam słów na wiatr.

Przede wszystkim jednak nie chcę nigdy zobaczyć w oczach mojego dziecka zawodu. Nie chcę być powodem jego rozczarowania. Tego bym sobie nie wybaczyła.

 

Wpis powstał we współpracy ze Smyk.

(Visited 377 times, 1 visits today)
Navigate