Niepełnosprawna matka pełnosprawnych dzieci

Temat matek niepełnosprawnych dzieci co jakiś czas wraca, bo problem nie zniknął. Co jakiś czas któraś z matek znów zabiera głos, znów krzyczy. Jest to krzyk pełen rozpaczy, błagania o pomoc, o lepsze życie dla jej dziecka. Co jakiś czas temat znów wpuszcza się do mediów. Matki rozpaczliwie walczą, poniżają się, żebrzą o każdy grosz, by ich dzieci miały zapewnione godne życie, a czasem śmierć. Nie sposób nie przyznać im racji.

Porzucają swoje własne życie, oddają się w pełni wychowaniu dziecka, szukają pomocy, której znaleźć nie mogą. Nie dziwię się, że swoje prośby kierują do państwa, że to od niego oczekują pomocy – głównie finansowej. Jak te kobiety mają podjąć pracę, gdy już tak naprawdę są zatrudnione na trzy etaty, bo zajmowanie się niepełnosprawnym dzieckiem, to często już nie tylko wychowywanie, ale praca, bardzo ciężka praca.

Pamiętacie strajk w sejmie? Szczerze, nie wiem jak się sprawa skończyła. Piszę o tym jednak, bo w momencie trwania tego strajku naszła mnie pewna myśl, a dziś ona wróciła.

Spojrzałam na problem z drugiej strony. Tyle się mówi o niepełnosprawnych dzieciach i ich matkach, zawsze matkach, nigdy rodzicach, tak, jakby ojcowie przestawali istnieć wraz z pojawieniem się niepełnosprawności w rodzinie. Nigdy jednak nie mówi się o niepełnosprawnych matkach pełnosprawnych dzieci, a tym także jest trudno.

Jestem matką dwóch chłopców, niepełnosprawną matką. Jak każda matka pragnę dla nich wszystkiego, co najlepsze. Chciałabym, by byli szczęśliwi, nigdy im niczego nie brakowało, by nie odstawali w niczym od rówieśników, by żyli godnie.

Świat się kręci wokół pieniędzy, o to też walczą matki, opisane przeze mnie wyżej, ja też muszę o nie walczyć. Poniżająca komisja lekarska, bo może ja jednak jestem zdrowa. Dziwne pytania „po co Pani niepełnosprawność?” – nie wiem, dla jaj, uznałam, że to zabawne być niepełnosprawnym. Z komisji na kolejną, bo renta, jak się okazało, nie należy mi się, a z głębokim niedosłuchem można podobno pracować. Oczywiście, że można, o ile ktoś zatrudni osobę, która nawet przez telefon nie porozmawia, do której trzeba mówić w odpowiedni sposób, a i to nie daje gwarancji, że wszystko zrozumie, która nie może mieć kontaktu z klientem. Tak, tak, tyle możliwości zarobkowych przede mną. Na sam koniec więc trafiam do urzędu z podaniem o zasiłek pielęgnacyjny – 150zł. Poniżam się, idę do MOPSu. Tam się dowiedziałam, że mam rodziców i w pierwszej kolejności oni są zobowiązani mi pomóc, z MOPSu nie otrzymuję żadnej pomocy, bo mi się nie należy, bo mam rodziców.

Takich rodziców jak ja jest cała masa. Mają zdrowe dzieci, którym nie mogą czegoś zapewnić, bo sami zdrowi nie są, bo nikt ich nie chce zatrudnić, bo są traktowani jak obywatele gorszej kategorii, bo dla nich pomocy państwo nie zapewniło. O nich się nie mówi. Dzieci zdrowe są – no są – to najważniejsze, Ty, rodzicu, się nie liczysz.

Tym wpisem chciałam zwrócić uwagę, że problemy z niepełnosprawnością nie dotyczą tylko chorych dzieci i ich matek, a całego społeczeństwa.

ilustracja: Sangudo / Flickr.com / CC BY-NC 2.0
(Visited 1 179 times, 1 visits today)
Navigate