Nie usypiam dzieci

Nie usypiam dzieci. Od zawsze. Od dnia ich narodzin schemat kładzenia spać jest ten sam: kolacja, buzi i spać. We własnym łóżeczku, w pokoju za zamkniętymi drzwiami.

Ileż to razy przeczytałam, że z tego powodu jestem wyrodną matką, że to bestialstwo, znęcanie się nad dzieckiem. W ogóle to: „Halo! Policja? Proszę przyjechać z opieką społeczną i zabrać tej matce dzieci”.

Czytałam też, ile to tracę pięknych chwil, bo nie leżę z dzieckiem DWIE godziny, zanim ono zaśnie. To jest takie szczęście mierzone w każdym oddechu dziecka, a ja się tego pozbawiłam. Nie kocham zatem swoich dzieci. Gdybym kochała, to bym usypiała, siedziała przy dziecku i umierała z nudów.

Po pierwsze: To, że zostawiałam niemowlaka w łóżeczku, nie oznacza, że się nim nie interesowałam. Nie oznacza to, że, kiedy zaczynał płakać, to „brałam go na przetrzymanie”. Nie, proszę państwa. Zaalarmowana płaczem biegłam sprawdzić, co się dzieje. Głaskałam, tuliłam, całowałam, uspokajałam. Byłam na zawołanie mojego dziecka. Po wszystkim jednak znów odkładałam do łóżeczka, znów wychodziłam z pokoju.

Lata mijały, a ja nie miałam problemu z przenoszeniem dzieci do ich łóżek i swojego pokoju. Nie bali się spać sami, bo od zawsze sami spali. Nie bali się zasypiać w pustym pokoju, bo od zawsze w takim spali.

Po drugie: Nie czuję bym coś traciła. Nie czuję, by uciekły mi jakieś magiczne chwile, za którymi rzekomo mam tak strasznie tęsknić. Ponoć za kilka lat mam walić głową w mur za głupotę, że pozbawiłam się usypiania dzieci. Szczerze w to wątpię.

Jako rodzic cenię sobie wolne wieczory – po całym dniu z dziećmi i hałasie, jaki robią, lubię spokój, który panuje, gdy pójdą spać. Lubię wtedy pogadać z mężem, napić się w spokoju herbaty, obejrzeć serial, poczytać książkę. Jestem też wtedy zmęczona, tego czasu jest niewiele, bo sama chcę iść spać, dlatego nie chciałam go skracać o usypianie dzieci.

Piszę o tym, bo jestem zmęczona czytaniem o sobie jako złym rodzicu, bo nie poświęcam wieczorów na usypianie dzieci. Gwarantuję, że moje dzieci są szczęśliwe i niczego im nie brakuje.

Mamy swoje wieczorne rytuały tuż przed spaniem i to nam wystarcza. Moment, w którym moje dzieci leżą już w łożkach opatulone przeze mnie kołdrą, to czas, w którym rozmawiamy o minionym dniu, opowiadamy sobie historie, zdradzamy, o czym marzymy. To dobry moment, by wyjaśnić sobie nieporozumienia, które miały miejsce w  ciągu dnia, przeprosić się wzajemnie, wybaczyć i wyjaśnić. Czasem opowiadam dzieciom historie, które zdarzyły się naprawdę lub te całkowicie zmyślone. Czasem czytam książkę, a czasami słucham, jak syn czyta. Rozmowa przed snem jest zupełnie inna niż ta w ciągu dnia. Dzieci są wyciszone, nie muszę ich łapać, zatrzymywac, przeszkadzać im w zabawie.

Nie potępiam ludzi, którzy usypiają dzieci i/lub śpią z nimi. Jeśli sprawia im to radość, jeśli tak lubią, to droga wolna. Ja nie lubię i nie chcę. Nie chcę być też przez to krytykowana i oceniana jako zła matka.

Nie chcę być wpędzana w wyrzuty sumienia. Wystarczy mi, że działo się to, gdy odstawiałam dzieci od piersi. Długo to odchorowywałam. Nie chcę do niczego się zmuszać z obawy przed oceną mojego macierzyństwa.

Jeśli tak samo jak ja nie usypiasz dzieci, bo nie lubisz, bo nie chcesz, bo masz swoje powody, to wiedz, że to nie zbrodnia, że nie krzywdzisz swojego dziecka, że nie jesteś sam.

(Visited 4 944 times, 1 visits today)
Navigate