Moje, twoje, nasze

Nie okłamujmy się: gdy jesteśmy rodzicami tylko jednego dziecka, wiele spraw jest łatwiejszych. Po prostu mamy do wysłuchania tylko jedno dziecko, tylko z jednym musimy się liczyć. Kiedy zaś nasze dziecię ma rodzeństwo, sprawy błahe rosną rangą do spraw równie ważnych jak te wagi państwowej. Jednym z dylematów rodziców minimum dwójki dzieci jest –  do kogo należą zabawki?

Na pierwszy rzut oka sprawa jest prosta. Działa to tak samo jak u dorosłych – jeżeli coś jest moje, to jest moje i koniec, kropka. U dzieci sprawę komplikują sami rodzice, którzy nierzadko uważają, że zabawki powinny być wspólne. Skoro dzieci bawią się wspólnie, to zabawki powinny być wspólne, a nie należeć do jednego z nich. Ten problem najczęściej pojawia się wtedy, gdy dzieci mają wspólny pokój. Przy osobnych pokojach jest łatwiej, bo każdy trzyma w nim swoje rzeczy i mniej więcej wiadomo, co jest czyje. Skupmy się jednak na problemie minimum dwójki dzieci w jednym pokoju. Czy skoro pokój jest wspólny, to wszystko w nim jest wspólne?

Osobiście uważam, ze dziecko ma prawo do własności i prywatności. Tego zatem uczę swoje dzieci. Szanuję ich prywatność, szanuję ich własność i oczekuję od nich, że oni uszanują moją. Młody Młodszy ma swoje pudełko, w którym trzyma swoje skarby. Młody Starszy ma swoje biurko, a w nim szufladę wypchaną dziwacznymi rzeczami. Pudełko i szuflada są nietykalne. To w te miejsce chłopaki chowają rzeczy, które uważają za swoje i tylko swoje i nie chcą, by ktokolwiek poza nimi ich dotykał.

Inaczej sprawa się ma z innymi zabawkami. Te są poustawiane na półkach w pokoju i – prawdę mówiąc – nie zaobserwowałam, by jeden drugiemu wyrywał je z ręki, a jednocześnie każdy świetnie wie, co jest czyje. Zwyczajnie nie mają problemu z tym, że brat się tym bawi. Prawo do własności dochodzi do głosu tylko wtedy, gdy obaj chcą tę konkretną zabawkę w tym samym momencie. Wtedy pierwszeństwo ma właściciel, co wydaje mi się zrozumiałe.

W pokoju moich dzieci są też zabawki wspólne. Najczęściej są to gry planszowe. Gramy w nie w trójkę, więc nie widzę powodu, by kupować taką samą grę w dwóch egzemplarzach. Za każdym razem, gdy daję chłopakom coś wspólnego, to zaznaczam to wyraźnie. Warto tu podkreślić, że nie wtrącam się później w to, jak się tym prezentem podzielą.

Nie zmuszam dzieci do dzielenia się z obcymi, ale także nie zmuszam ich do dzielenia się miedzy sobą. To, że są braćmi, nie oznacza, że wszystkie zabawki muszą być wspólne. Wręcz przeciwnie. Uważam, że w domu, w którym jest więcej niż jedno dziecko, powinniśmy być szczególnie wyczuleni na punkcie posiadania rzeczy osobistych. Dzieci to są tak dobre stworzenia, że naprawdę nie mają problemu z dzieleniem się.  Świetnie to pokazały przedszkolaki z grupy Młodego Młodszego. Codziennie przynoszą do przedszkola zabawki tylko po to, by wymieniać się nimi. Sami decydują, kto od kogo co pożyczy. To pokazuje tylko, że dzieci chcą i lubią się dzielić. Jak w wielu sprawach, tak i w tej warto dać im swobodę. To dziecko samo musi zdecydować, co może stać się zabawką wspólną, co odda bratu lub siostrze na własność, a co też staje się jego i tylko jego. My – dorośli musimy to uszanować.

Ja sama naprawdę nie chciałabym, żeby ktoś za mnie decydował, że mam dzielić się moimi drogocennymi szpilkami z siostrami. Choć kocham moje siostry, to wolałabym żeby moje buty pozostały moje. Tak samo dzieci mają prawo decydować o swoich zabawkach.

(Visited 688 times, 1 visits today)
Navigate