Lubię swoją przeciętność

NIektórym może się wydawać, że słowo „przeciętność” do mnie nie pasuje. Prawda jest jednak taka, że każdy głupi może przefarbować włosy na fioletowo i mocno się wytatuować. Niektórzy pewnie powiedzieliby nawet, że tylko głupi to zrobi. Jeśli cokolwiek jest we mnie nieprzeciętnego, to na pewno wygląd, trochę życiowej historii. Niemniej moje obecne życie jest bardzo przeciętne i ja tę przeciętność lubię.

Do napisania tego tekstu zainspirowało mnie dziewczę lat 25, które popadło w przygnębienie po przeczytaniu wywiadu z twórcą jakiegoś odnoszącego sukces musicalu, który jest tylko 3 lata starszy od niej. Dziewczyna poczuła się przytłoczona sukcesem owego młodego twórcy, bo sama nawet nie zbliżyła się do określenia, co chce w życiu robić, a co dopiero do tego by za 3 lata odnieść światowej sławy sukces. Bardzo ją to martwiło i dołowało.

Świetnie ją rozumiem. Propaganda sukcesu ma się dobrze. Gdziekolwiek się nie obejrzymy, ludzie odnoszą sukcesy w życiu prywatnym i zawodowym. Wciąż ktoś Ci wmawia, że wszystko zależy od Ciebie, że ten sukces jest w Tobie, że wystarczy chcieć. No i ta dziewczyna też chciała, tylko nie do końca wiedziała co. No, sukces, światowy, zostawić coś dla potomnych, by za 100 lat z równym zapałem o jej dokonaniach prawiono. Problem polega na tym, że jak większość ludzi w tym wieku nawet nie do końca wie, na jakiej płaszczyźnie ten sukces miałaby niby odnieść, bo wciąż jest na etapie poszukiwania siebie.

Kiedy tak z każdej strony bombardują nas informacje o tym, że wszyscy powinniśmy odnosić sukces, a nasz jedyny sukces to wstanie rano z łóżka, to faktycznie możemy czuć się przytłoczeni i beznadziejni. Sukces innych nie zawsze motywuje, czasem właśnie dołuje. Nie ma to nic wspólnego z zawiścią i niezaradnością – ot, po prostu nie na wszystkich motywująco działa to samo. Mnie także dołuje, w szczególności w takim natężeniu.

Tymczasem zapominamy, że nie wszyscy do sukcesu na miarę światową zostaliśmy stworzeni. Czasem o tym sukcesie decyduje splot wydarzeń, przypadek, pochodzenie. Gdy wspomniana dziewczyna dołowała się twórcą musicalu, ktoś przytomnie zwrócił jej uwagę by wczytała się w życiorys twórcy, a wtedy zobaczy, że w tym sukcesie wiele jest pochodzenia i znajomości, a ludzie z porównywalnym, jeśli nie większym, talentem odbijaliby się od drzwi, które dla owego twórcy stały otworem, tylko ze względu na to, że odpowiednio się urodził.

 Oczywiście, że historia zna przypadki „od zera do milionera”, ale nie okłamujmy się: są rzadkie.

Wróćmy jednak do przeciętności. Tak się składa, że przeciętne życie czy pogoń za marzeniami i wielką sławą to kwestia wyboru. Świat potrzebuje jednych i drugich. Fakt, że nie robię nic, by w przyszłości opowiadano o mnie na lekcji historii, nie oznacza, że jestem człowiekiem nudnym, nieszczęśliwym i przegranym. Nie ma niczego złego w tym, że wystarcza nam przeciętność, a szczęście daje nam np. pies, mąż, dzieci, stała praca.

Za tymi, którzy odnoszą sukces, są Ci, którzy piorą im skarpetki i gotują obiady. Jedni i drudzy mogą być w swoim życiu szczęśliwi. Oczywiście czym innym jest wmawianie sobie, że moje życie mi odpowiada, kiedy tak naprawdę chcę porywać tłumy, a czym innym – gdy to szczęście naprawdę się odczuwa. Ja odczuwam.

Nie czuję, bym w życiu coś traciła, żeby mi coś umykało, bym się marnowała. Mogę w spokoju poszukiwać siebie, próbować różnych rzeczy. Mam wrażenie, że wciąż wiele przede mną, że jeszcze tyle ciekawych rzeczy mnie spotka, tyle zrobię. Co z tego, że nie zapiszę się w historii. Ważne jest to, by swoje życie przeżyć szczęśliwie, a światowy sukces wcale tego nie gwarantuje.

(Visited 241 times, 1 visits today)
Navigate