Krytyki nie przyjmuję

Ile razy słyszeliście już o konstruktywnej krytyce? W przeciwieństwie do hejtu jest pokazywana jako coś dobrego i jako coś, co MUSISZ umieć przyjmować. Ostatnio wciąż docierają do mnie treści o zbawiennym wpływie krytyki. Powoli odnoszę wrażenie, że chwalenie kogoś jest źle widziane, a krytykowanie właśnie jest czymś dobrym. Co chwilę ktoś wygłasza głębokie przemowy, w których twierdzi, że nie chce być chwalony, a krytykowany, bo to pozwala mu się rozwijać. Ja natomiast krytyki przyjmować nie zamierzam.

Krytyka wciąż ma dla mnie wydźwięk negatywny. W jak piękną ideologie by się krytykowania nie ubrało, to wciąż będzie czymś negatywnym, bo taka jest jej rola. To pochwała jest nagrodą za dobrą robotę i to ona najczęściej mobilizuje do dalszego działania, a nie krytyka. Wbrew temu, co się o krytyce mówi, wcale nie działa ona motywująco, wręcz przeciwnie: w wielu przypadkach krytykowanie prowadzi do rezygnacji, a nie motywuje. Nie ma sensu się też okłamywać, że nie zależy nam na pochwałach. Lubimy usłyszeć, że jesteśmy w czymś dobrzy, że coś nam wyszło. Nasze ego jest wtedy przyjemnie połechtane. Krytyka natomiast ego nie łechta, jest raczej kopem. Dla niektórych będzie to kop na rozpęd, ale dla znacznej części – będzie kopem, który usadzi ich w miejscu i taka osoba nie podejmie na nowo wyzwania w obawie przed otrzymaniem kolejnego kopniaka.

Nie rozumiem też, dlaczego miałabym przyjmować krytykę od obcych mi osób. Weźmy takie blogowanie. Ktoś wchodzi na mojego bloga i go krytykuje: logo nie takie, notki za nudne, obrazki źle dobrane, kategorii za mało, itd. Ta osoba oczywiście myśli, że robi mi dobrze, że mi pomaga, że wezmę sobie jej uwagi do serca i wszystko naprawię, w końcu tak działa konstruktywna krytyka. Rzecz w tym, że nie ma absolutnie żadnego powodu, dla którego powinnam takiej osoby posłuchać. Nie wiem, kim ona jest. Może jej zajęcie to chodzenie po blogach i ich krytykowanie dla poprawy własnego samopoczucia? Może dowartościowuje się podcinaniem skrzydeł innym. Nie wiem też, jakie kompetencje ma ta osoba, by w ogóle mogła mnie krytykować. Nie wiem o niej nic, dlatego nie zamierzam przejmować się jej krytyką.

Czy przyjęłabym więc pochwałę? Tak, bo pochwała jest czymś dobrym, nie ma w niej złych intencji. Tak, wiem, pochwała może być fałszywa, ale krytyka przecież też. Tak jak mogę chwalić kogoś, choć nie zasłużył, tak i mogę krytykować.

Jedyną osobą, która może mnie krytykować jest jeszcze nie mąż. Może mi wprost powiedzieć, że napisałam beznadziejny tekst (tak, zdarzało się to), bo mu ufam. Jeśli mnie krytykuje, to dlatego, że naprawdę na krytykę zasłużyłam, a tekst na serio jest beznadziejny i muszę go poprawić. Czy mnie to motywuje? NIE. Jest mi przykro i czuję się zrezygnowana i mija trochę czasu, zanim przełknę tę gorzką pigułkę i tekst poprawię. Z drugiej strony – potrafi mnie też pochwalić, a jego pochwała jest dla mnie warta milion dolarów i, kiedy słyszę „świetny tekst”, czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie; czuję, że jestem dobra w tym, co robię.

Nie przyjmujmy więc krytyki, nie od przypadkowych osób, nawet nie od osób, które znamy. Przyjmujmy krytykę tylko od tych, którym ufamy, których lubimy, z których zdaniem się liczymy. To my decydujemy o tym, komu dajemy prawo do krytykowania nas. Nie ma absolutnie niczego dobrego w przyjmowaniu krytyki od wszystkich. Nie daj sobie wmówić, że, jeśli coś nie jest hejtem, a „konstruktywną krytyką”, to jest to dobre i musisz się z tym liczyć. Nie musisz.

(Visited 381 times, 1 visits today)
Navigate