Klaps to przemoc, przemoc to nie tylko klaps

Przez ostatnie lata bardzo dużo się mówi o przemocy wobec dzieci. Powstają kampanie społeczne, różnego rodzaju akcje na większą i mniejszą skalę zwracające uwagę na problem przemocy wobec dzieci. Można przeczytać teksty z różnego punktu widzenia: bijacego rodzica, bitego dziecka, dorosłego, który był bity w dzieciństwie. To wszystko ma na celu otworzyć oczy ludziom na fakt, że bić dzieci nie wolno, wciąż bowiem zbyt wielu jest jeszcze zwolenników takiej „metody wychowawczej”.

Zauważyłam, że problem z tą przemocą leży gdzie indziej. Gdy mówię, że dzieci bić nie wolno, wszyscy gorliwie mi przytakują. No, oczywiście, to logiczne, no, jak to można dziecko bić. Gdy jednak powiem, że nie wolno dawać klapsów, wtedy w odpowiedzi usłyszę, że mam nie przesadzać, że klaps, to nie bicie, że klaps może być wychowawczy.

Problem tkwi w zdefiniowaniu, czym ta przemoc jest. Zwracając uwagę na przemoc wobec dzieci zaczęliśmy od końca. Krzyknęliśmy podniosłe hasło o przemocy, nie wyjaśniając, że klapsy i jednorazowe popchnięcie też mamy na myśli. Na szczęście, i to zostaje powoli nadrobione, choćby akcją Kocham. Nie daję klapsów.

Do takich przemyśleń skłoniło mnie moje własne zachowanie. Ostatnio, gdy Młody Młodszy po raz kolejny testował moją cierpliwość, a ja musiałam go trzymać za rękę mocniej niż bym tego chciała, przypomniała mi się historia z przeszłości.

Młody Starszy miał wtedy ze 2 lata, wracaliśmy do domu ze spaceru, zachowywał się okropnie. Wyrywał mi się, głośno płakał, krzyczał, a wszystko to z powodu utraconej kilka metrów wcześniej cegły. Był upał, ja byłam w ciąży, zmęczona i jeszcze to dziecko, zachowujące się jak mały diabeł. Straciłam cierpliwość, złapałam go mocno za ramię i tak doprowadziłam do domu, a on wył nadal. Dopiero przy kąpieli zauważyłam, że w tamtej chwili nie płakał już tylko z powodu utraconej cegły, ale także z bólu i strachu. W miejscu, w którym go złapałam, był fioletowy siniak i ślady po wbitych przeze mnie paznokciach. Przeprosiłam, wycałowałam, wypłakałam, obiecałam, że już nigdy tak nie postąpię. Ale czy to coś zmieniło? Nie. Zadałam mojemu dziecku ból, zadałam go z premedytacją. Słowa co prawda dotrzymałam, ale tego, co wydarzyło się wtedy, już nie wymażę.

Mogłabym wtedy i dziś się szczycić, że nawet w tak trudnej sytuacji nie uderzyłam swojego dziecka. Mogłabym być dumna, że dziecka nie biję. Mogłabym pogardzać tymi, którym się to zdarzyło. Przechwalać się pod artykułami na temat przemocy wobec dzieci, jak idealną matką jestem, bo nigdy nie uderzyłam dzieci. Rzecz w tym, że szarpnięcie, wbicie paznokci, mocniejsze złapanie nie różni się niczym od klapsa czy spoliczkowania dziecka. To też przemoc i najwyższa pora sobie i innym to uświadomić. Nie bijesz dziecka, ale je popychasz? Ciągniesz na siłę obcierając mu przegub ręki? Nie masz powodów do dumy. Ty także stosujesz przemoc, tylko tak mocno ukrytą, niewidoczną, że sam jej nie dostrzegasz. Ja też nie dostrzegałam. Dopiero siniak na ręce syna uświadomił mi, co zrobiłam.

Mój mąż raz musiał nieść Młodego Młodszego, który całą drogę płakał, kopał i się wyrywał. Później mi wyznał, że trudno w takich chwilach dziecko nieść, tak by był to chwyt mocny, ale nie był przemocą. Mąż nie miał problemu ze swoją złością, ale z tym, by to Młody Młodszy nie odczuł tego uścisku jako przemocy wobec niego. To właśnie w takich momentach mamy okazję do wyładowania frustracji na dziecku pozostawiając sobie czyste sumienie. Skoro i tak musimy dziecko trzymać mocno, to możemy mocniej. I tak płacze, nikt się nie połapie i – co najgorsze – my sami się nie połapiemy. Zróbmy to sami dla siebie, dla naszego dziecka i nazwijmy rzeczy po imieniu – to jest przemoc.

(Visited 2 937 times, 1 visits today)
Navigate