Jak poskromić dziecko w kościele

Podczas ostatniej niedzielnej mszy przyszło mi siedzieć obok kilkuletniego chłopca, który przez całe nabożeństwo kopał mnie, trącał, a nawet kładł się na mnie. Zaczęłam rozmyślać o zachowaniu dzieci w kościele i zastanawiać się nad tym, jak to jest, że większość dzieci w kościele potrafi się zachować, a część zachowuje się jak ten chłopiec. Odpowiedzią jak w większości przypadków okazali się być rodzice i ich zachowanie. Tym razem powiem Wam, jak poskromić dziecko w czasie mszy świętej.

Ponieważ do kościoła chodzę w miarę regularnie, zawsze na mszę o tej samej godzinie, to sporą część ludzi kojarzę z widzenia, bo tak jak ja zawsze wybierają tę samą mszę i tak jak ja, jeśli mogą, siadają w tym samym miejscu. Mam taką swoją ulubioną rodzinę. Gdy ich pierwszy raz widziałam, mieli syna. Obecnie mają trójkę dzieci i czwarte w drodze. Zawsze na mszę przychodzą całą rodziną, która regularnie im się powiększa. Obecnie ich najstarszy syn ma jakieś 6-7 lat, średnia córka nie więcej niż dwa, a najmłodsze dziecko jest niemowlakiem w głębokim wózku. Wspominam o nich, ponieważ żadne z ich dzieci nigdy nie zakłócało mszy. Nigdy nie sprawiali rodzicom, a  także innym ludziom żadnych problemów i to wcale nie oznacza, że całe nabożeństwo grzecznie siedzieli na ławeczce. Zdecydowanie nie. Tata tych dzieci już nieraz mszę przeżywał spacerując za swoimi dziećmi po kościele. Jak tym rodzicom udało się nauczyć poprawnego zachowania każde ze swoich dzieci, a matka obok mnie nie potrafiła sobie poradzić z jednym kilkulatkiem?

Aby dzieci nie przeszkadzały we mszy świętej, nikogo nie kopały, nie hałasowały, nie przeszkadzały, należy dać im wolność. Przestać je poskramiać, ustawiać, mówić co mają robić, kazać być cicho, stać w miejscu, siedzieć na ławce, nie ruszać się, nie rozglądać. Trzeba dać dziecku prawo do przeżywania mszy po swojemu, na jego dziecięcy sposób. Tak jak ja nie zacznę wykręcać piruetów do „Króluj nam Chryste” jak to ma w zwyczaju robić Młody Młodszy, tak on nie będzie stał prosto jak struna przez całą mszę, bo w ten sposób mszę przeżywają dorośli. Ja wbijam wzrok w ołtarz, dzieci rozglądają się po całym kościele. Ja ze spotkanymi znajomymi witam się kiwnięciem głowy, dzieci koniecznie chcą do siebie podbiec. Ja nurtujące mnie pytania zadam po mszy, dziecko chce wiedzieć od razu, dlatego pyta i należy mu odpowiedzieć.

Jak czytamy w Ewangelii św. Marka:

Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego”. I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je.

Biorąc pod uwagę ten fragment z Ewangelii, śmiem wątpić w to, że Jezus obrazi się za zachowanie dzieci w kościele. Skoro zakładamy, że Bóg stworzył świat i człowieka, to stworzył też dzieci, a skoro je stworzył to wie, że niemowlak może zacząć płakać, a dwulatek nie wysiedzi godziny bez ruchu. To nie Bóg lecz my oczekujemy od dzieci dorosłego zachowania. To ludzie dorośli przywłaszczyli sobie liturgię, jakby należała się tylko im i zabraniając dzieciom uczestniczyć w niej po dziecięcemu.

Żeby dziecko chętnie chodziło do kościoła, a tym samym nie nudziło się na mszach i w głos nie marudziło, musi to lubić. Nie polubi jednak, gdy przez całą mszę będziemy je strofować i mówić, jak koszmarnie się zachowuje, gdy nie damy my wolności.

Zauważyłam też, że źle zachowują się tylko te dzieci, które w kościele bywają sporadycznie. Te, które widuję co tydzień, z radością i zaangażowaniem uczestniczą we mszy, a część z nich została ministrantami lub bielankami. Pamiętam, jak wielka „karą” dla Młodego Starszego była religia i wizyta w kościele. Wszystko dlatego, że nigdy wcześniej nie dbałam o jego rozwój duchowy, a on kompletnie nie wiedział, po co my w ogóle tam idziemy. Dlaczego raz mamy wstawać, a raz klęczeć. Wraz z nauką na temat religii, Boga i mszy zmieniło się jego nastawienie do niedzielnych wizyt w kościele. Im więcej rozumiał, tym chętniej do kościoła chodził. W końcu zaczął sam się dopytywać, czy idziemy dziś do kościoła, bo on bardzo chciałby spotkać się z Panem Bogiem. Musicie jednak wiedzieć, że pozwoliliśmy dzieciom poznawać kościół na własną rękę z miejsca w kościele, które one uznały za słuszne i w sposób, jaki uznały za słuszne.

Wiem, w kółko powtarzam o wolności i swobodzie dziecka, a mimo tego nie mogę nie wspomnieć o jednej ważnej rzeczy. Wolność dziecka kończy się tam gdzie zaczynają się granice drugiego człowieka. Chłopiec przeze mnie wspomniany na początku tekstu miał bardzo dużo wolności, wszak jego mama nie reagowała na to, że mnie kopie. Nie o taką wolność chodzi. Jednak kwestia szanowania drugiego człowieka i jego granic dotyczy każdego aspektu życia, a nie tylko wizyty w kościele. Zdarzało mi się upominać Młodego Młodszego, że zachowuje się za głośno lub, że akurat ta zabawa, którą sobie wymyślił, do kościoła się nie nadaje. Wolność dziecka nie może oznaczać przeszkadzania innym ludziom.

Uwaga na sam koniec. Warto wybierać msze z udziałem dzieci. Po pierwsze, wtedy kazanie jest przygotowane pod kątem potrzeb dzieci, jest więc dla nich interesujące. Często ksiądz przynosi różne rekwizyty. Po drugie, taka msza zazwyczaj jest ciut krótsza. Dla półtorarocznego dziecka godzina to naprawdę jest dużo. Po trzecie, nikt nie może się do Ciebie i dziecka przyczepić za dziecięce zachowania. Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy przychodzą na msze święte z udziałem dzieci, a później marudzą, że im dzieci w modlitwie przeszkadzają.

(Visited 9 549 times, 3 visits today)
  • Jako mama trójki (3, 4,5, 6), z którą co tydzień jesteśmy w kościele, dodam jeszcze od siebie – warto stawać jak najbliżej ołtarza. Jeśli dziecko będzie przez godzinę widziało słup i plecy innych ludzi, to nie ma siły, żeby się nie nudziło. A na ołtarzu dużo się dzieje, to cały spektakl. Dzieci to lubią.

    Staramy się też zawsze wybrać jakieś punkty w czasie mszy, na które dziecko może czekać. Takie trochę bardziej atrakcyjne. Np. „dzwoneczki” na podniesieniu, jakaś pieśń czy modlitwa, którą znają i mogą śpiewać albo mówić ze wszystkimi. Fajnie, jak jest w kościele np. gitara – to zawsze przyciąga uwagę dzieci.

    No a kazanie… Kazanie trzeba przetrwać 😉

  • poskromić — poskramiać
    1. «uczynić posłusznym dzikie zwierzę»
    2. «zmusić kogoś do posłuszeństwa»

    Pojawia się w tym tekście sporo oceniania innych. Ja nie lubię być oceniany i w związku z tym staram się nie robić tego innym. Nie wiesz, co się dzieje u innych, a piszesz tak, jakbyś wiedziała. Jako alternatywę dla krytyki proponuję Ci empatię. Obie strony (Ty i rodzice „źle” się zachowujących dzieci) na tym skorzystają.

    • Marcin Perfuński

      Też mi się nie podoba sformułowanie „poskromić dziecko”, ale ta zbitka faktycznie tak funkcjonuje w kontekście ogarnięcia dziecka w miejscach publicznych. Sam wziąłem udział w dyskusjach na ten temat, gdzie kilka razy była mowa o „poskramianiu” dziecka. Tym niemniej rzeczywiście może warto zrezygnować z powtarzania tego. 🙂

    • Rzecz w tym, ze ja tu nikogo nie krytykuję. Praktycznie w ogóle nie zwracam uwagi na złe zachowanie dzieci, a skupiam się na tym co zrobić, by były „grzeczne”.
      Nie interesuje mnie dlaczego dziecko obok mnie, mnie kopało. Miało przestac i tyle i nie zamierzam takiego zachowania akceptowac, bo niby dlaczego bym miała? Mama tego dziecka zamiast się z nim szarpac mogła pochodzić po kościele.

      Kiedyś napisąłam tekst o tytule „idiotki rodzą bachory”, na tym przykładzie proponuję oceniać tekst, a nie jego tytuł.

  • Agnieszka Skrobowska

    Szanowna autorko tekstu. Tak bywa w życiu, ze rodzice prowadzą do kościoła dzieci z różnymi dysfunkcjami, których nie widać gołym okiem np. ADHD, zespół Aspergera. Tychże dzieci nie zawsze da się poskromić. I to nie jest zaniedbanie rodziców ani zła wola dzieci.

    • Tak, tak. Oczywiście wszystkie dzieci, ktore zachowują się źle mają jakąś dysfunkcję. Wygodne.

      Żeby było jasne, nie neguje tego, ale bardzo nie lubię jak ktoś te dysfunkcje wykorzystuje do obrony własnego zdania. Wciąż eset to mneijszość, a nie większość.

  • Anna Zawierowska

    Mój syn zawsze chciał siedzieć blisko ołtarza, chciał widzieć co się dzieje. Gdy miał 5 lat prosił żeby być „podawaczem ksiedza”. Gdy miał 5 i pół roku został ministrantem. Gdy mial 6 potrafił już służyć do całej mszy. Nie zabraniałam mu rozglądać się, podziwiać rzeźb i obrazów. Mógł również rozglądać się wśród ludzi uśmiechać do znajomych. Dziś ma prawie 8 lat, nadal jest ministrantem i nadal najmłodszym. Pozwólmy dzieciom sie rozglądać, powiercić, ale nie pozwalajmy im naruszać czyjejś cielesności.

Navigate