Implant ślimakowy to ściema

Implant ślimakowy budzi sporo kontrowersji. Co ciekawe: najwięcej do powiedzenia na jego temat mają osoby słyszące. Wynika to z przekazywania sobie mitów dotyczących implantacji. Ktoś gdzieś coś przeczyta, ktoś kogoś pozna, ktoś o kimś słyszał i jest święcie przekonany, że wie o tym wszystko. Największą bzdurą, powielanym kłamstwem jest mówienie, że implant zwraca słuch, że po implantacji słyszy się normalnie jak zdrowy człowiek.

W serialu Dr. House jest odcinek, w którym do House’a trafia głuchy chłopak. Cały odcinek, między lekarzami jest dyskusja dlaczego się nie zaimplantował, bo wtedy odzyskałby słuch. W końcu House, który, jak wiadomo, wie lepiej od swoich pacjentów, co jest dla nich lepsze, w czasie operacji neurologicznej zmusza lekarza, by wszczepić chłopakowi implant bez jego wiedzy, wbrew jego woli. Chłopak budzi sie po operacji i słyszy. Słyszy wszystko. Nie chce implantu, bo dźwięki go denerwują, ale to dlatego, że słyszy je nieskazitelnie. Trudno się dziwić, że później ludzie gadają bzdury, skoro popularny serial pokazuje implant w takim świetle. Po tym odcinku obraziłam się na Housa i przez kilka dni go nie oglądałam.

W takiej sytuacji nie dziwię się, że po udzieleniu kilku wywiadów byłam hejtowana za brak implantu. Z takim atakiem spotykają sie wszystkie osoby niesłyszące, które nie chcą się implantować. Powtarza się jak mantrę, że same są sobie winne swoich problemów i trudnościom w komunikacji, bo nie chcą skorzystać z dobrodziejstw medycyny. Nie ukrywam, że głownie ten hejt zmobilizował mnie do zapisania się na kwalifikację do implantu ślimakowego.

Po roku czekania pojawiłam się u specjalisty. Prawdę mówiąc, idąc do niego, wcale nie byłam chętna na tę operacje, ale bardzo chciałam zadać kilka pytań specjaliście i raz na zawsze rozprawić sie z mitem o implantacji. Poza tym miałam w ręku argument dla wszystkich atakujących mnie – byłam, dowiedziałam się, to nie dla mnie.

Zaczynając od poczatku: ważny jest wybór kliniki. Najsłynniejsza jest ta w Kajetanach. Jednakże ja odradzam wizytę właśnie tam, chyba, że nie chcesz kwalifikacji, a lekarza, który zrobi, co sobie życzysz. Jak zdążyłam się dowiedzieć w rozmowach z naprawdę wieloma osobami, w Kajetanach o implancie nie powiedzą niczego złego, a wręcz od razu wyznaczą termin operacji. Nie o to mi chodziło. Chciałam rzetelnej wiedzy. W związku z tym wybrałam szpital kliniczny na Banaçha w Warszawie. Trafiłam na świetnego specjalistę, który odpowiedział na wszystkie nurtujące mnie pytania. Polecam zatem iść tam.

Na dzień dobry dowiedziałam się, że u tego pana w gabinecie bywa nieprzyjemnie, gdyż ludzie przychodzą do niego z nadziejami na normalny słuch, a on brutalnie ich tych nadziei pozbawia. Jak? W 80% nie dopuszczając do implantacji.

Implant to droga w jedną stronę. Co gorsza: nie wiesz, co Cię czeka na końcu tej drogi. Są ludzie, którzy faktycznie słyszą prawie normalnie, ale są też tacy, którym implant nie tylko nie pomógł, ale i zaszkodził. Są przypadki odczuwania fizycznego bólu implantacji – może to być ból zębów, głowy, kości, bolesne impulsy odczuwane w całym ciele, zawroty głowy, a nawet omdlenia. Nie są to odosobnione, pojedyncze przypadki, a często spotykany efekt uboczny. W takiej sytuacji pojawia się problem i to ogromny, bo założenie „ślimaka” zamknęło pacjentowi drogę powrotu do zwykłych aparatów. Nie można wrócić do aparatowania po implantacji, a nie masz tez żadnej gwarancji, że z implantem będziesz lepiej słyszeć. Dla mnie to wystarczający powód, by zrezygnować.

Drugim powodem są resztki słuchowe. Niby takie bez znaczenia, a jednak ważne. Trwa zacięta dyskusja o tym, czy się je traci, czy nie. Specjaliści jednak są bardziej przychylni teorii z utratą resztek słuchowy, bo zdarza się to nagminnie. Implantowanie to poważna inwazyjna ingerencja chirurgiczna w już uszkodzony organ ucha wewnętrznego. Resztki słuchowe, które wydają się takie bez znaczenia, są bardzo istotne. Dziś tylko dzięki nim mogę komunikować się z otoczeniem, bo to właśnie one wspierają pracę mojego aparatu. Bez nich pozostałby mi język migowy. Fakt, że mogę stracić możliwość rozmawiania z moimi bliskimi, przechylił szalę na korzyść aparatów słuchowych.

Ktoś powie, że on słyszy w aparatach niewyraźnie. Ja też. Serio, ja najczęściej słyszę, ale nie rozumiem, co się do mnie mówi. Słyszę, że ktoś mówi, ale nie mam pojęcia co. Jednakże wizyta w klinice pokazała mi, że to bardzo dużo, że aparat pomaga mi lepiej niż mi się wydaje. Dopóki aparat pomaga ci choć na tym poziomie, dopóty nie implantuj się. Idź do logopedy, poćwicz czytanie z ruchu warg i słuchanie przez aparat, ale olej ten implant, bo może się okazać, że stracisz to, co jeszcze masz.

Wracając do dr. Housa i jego pacjenta. Otóż, wybaczcie, że pozbawię was złudzeń, ale to tak nie działa. Słuchanie w implantach wymaga długotrwałej rehabilitacji. Nikt nie wychodzi ze szpitala i nie słyszy tak, jakby nigdy nie miał uszkodzonego słuchu. Korzystanie z pełni dobrodziejstw implantu to lata rehabilitacji, ciężkiej pracy i wielu nerwów. Osoby, które tak chętnie implantowałyby każdą, nawet najmniejszą, wadę słuchu, o tym zapominają. Implant to tylko proteza słuchu, nic więcej, a jak każda proteza nie oddaje stu procent możliwości zdrowego organu. Każda proteza wymaga rehabilitacji. Nikt z protezą nogi nie zdobywa od razu Mount Everest i tak samo nikt ze ślimakiem nie słyszy od razy szeptu.

Bardzo drażliwym tematem są też finanse. Tak, implant jest w 100% refundowany. Jednakże jego procesor zużywa się, psuje, niszczy i trzeba go wymienić. Jego koszt może sięgać nawet 60 tys. złotych. On także jest refundowany, jednak nikt nie jest chętny do wydawania nowych procesorów. Zmorą ludzi zaimplantowanych jest czekanie na nowy procesor po kilka lat nawet, gdy stary odmówił juz posłuszeństwa. Zaczyna się kombinowanie, wypożyczanie i tak co 5 lat. Aparat też trzeba wymieniać co 5 lat, ale jego koszty choć wciąż wysokie to nieporównywalnie niższe od procesora implantu. Warto pamiętać także o kosztach baterii. Procesor wymaga ich dużo i kosztują sporo, a trzeba je wymieniać codziennie.

Ja znalazłam zdecydowanie za dużo minusów tego rozwiązania, by zdecydować się na nie. Z aparatami nie słyszę może tak dobrze, jak bym chciała, ale mam przynajmniej pewność, że rano po założeniu ich na ucho będę słyszeć. Nie pogadam co prawda przez telefon, jest mi w wielu sytuacjach trudno, ale implant nie daje mi gwarancji, że będzie lepiej. Dla mnie to za duże ryzyko, zbyt wielka loteria, za mało pewności osiągnięcia sukcesu.

Chciałam na sam koniec zaznaczyć, że nie interesują mnie historie ludzi, którym implant pomógł. Też ich znam, sporo. Znam też tych, którym nie pomógł. Choć sama jestem do implantów nastawiona negatywnie, to nie oceniam negatywnie ludzi, którzy zdecydowali się na nie. Jeśli uznaliście, że warto zaryzykować, że to wasza szansa, to jest wasza wola, wasza decyzja – mam nadzieję, że decyzja okazała się właściwa. Natomiast chciałabym, aby przestano atakować mnie i inne osoby niesłyszące, które nie chcą tej decyzji podjąć, które decydują sie na obecne życie – z takim słuchem, jaki mają. Gdyby lekarz powiedział mi, że namawia mnie do implantu, to poważnie zaczęłabym zastanawiać się nad tym, ale on wprost powiedział mi, że w mojej sytuacji będzie mi go odradzał i mam liczyć się z odrzuceniem w czasie dalszej kwalifikacji. Nie mam z tym żadnego problemu. O to mi chodziło, o rzetelną wiedzę, a nie o historie ludzi, dla których implant okazał sie zbawieniem. Nie ma żadnej pewności, że ja i inne niesłyszące osby zasilą ich grono.

(Visited 6 889 times, 7 visits today)
Navigate