Dystans do siebie

Dystans do siebie to taka fajna rzecz i odważę się stwierdzić, że każdy choć raz usłyszał, że powinien go mieć. Naprawdę dobrze go mieć. Rzecz w tym, że powoli zaczynamy brak pozwolenia na chamstwo traktować jak brak dystansu do siebie, a to już dobre nie jest.

Czytam różne dyskusje. Na tym po części polega moja praca. Ktoś kogoś zaczyna obrażać, ubliżać mu, używać niecenzuralnych słów i gdy jego rozmówca się oburza na takie traktowanie, taki poziom dyskusji, dostaje dodatkowo zarzutem – nie masz do siebie dystansu.

Coś tu nie gra. Zaczynamy chamstwo i bezczelność ubierać w ładne słówka. Mylić jedno z drugim. Wiadomo, łatwiej komuś powiedzieć, że nie ma do siebie dystansu niż przyznać, że jest się burakiem, który obraża ludzi. Dystans do siebie jest wtedy, gdy popełnię gafę i umiem się z tego śmiać, a nie pozwoleniem na ubliżanie mi.

Przyjmijmy jednak, że ktoś naprawdę nie ma do siebie dystansu. Ja nie zawsze go mam. I co z tego? Naprawdę muszę go mieć? A to niby dlaczego? Nie mam i już. Nie umiem śmiać się ze swojego niedosłuchu, a więc nie chcę, by inni się z niego śmiali. Mam dystans do życia, ludzi, wydarzeń, ale nie do swojej niepełnosprawności. Wcale nie czuję się z tego powodu gorsza.

Kiedy widzę, że posiadanie dystansu do siebie ma oznaczać zezwolenie na obrażanie, to ja go nawet nie chcę mieć, bo nie chcę, by ktokolwiek mnie obrażał. Nie chcę się na to godzić.

Kiedyś upieraliśmy się, że tolerancja jest równoznaczna z akceptacją i w tak rozumianej tolerancji też uczestniczyć nie chciałam. Dziś upieramy się, że jeśli ktoś nie umie z uśmiechem na ustach przyjąć wyzwisk, to nie ma do siebie dystansu. Takiego dystansu też nie chcę mieć.

Mam ochotę wygonić tę część ludzi do słowników, szkoły, ostatecznie – Wikipedii, bo jest ich tak dużo, że boję się, że któregoś dnia ich pojmowanie dystansu do siebie się przyjmie, a ja się na to nie zgadzam.

(Visited 502 times, 1 visits today)
Navigate