Dlaczego nie mam implantów

Wiele osób głuchych jest atakowanych z powodu braku implantów. Osoby słyszące uważają, że brak implantacji to stwarzanie sobie niepotrzebnych problemów, w końcu implant, rozwiązałby cały problem głuchoty. Nic dziwnego, że implant ślimakowy stał się tematem drażliwym, wręcz tabu. Osoby głuche nie mają ochoty tłumaczyć, dlaczego nie zdecydowały się na operację, w której trzeba otworzyć czaszkę. Nie każdy też ma ochotę nosić przyrząd kilkukrotnie większy od klasycznego aparatu słuchowego. Ja to rozumiałam, choć mnie to bezpośrednio nie tyczyło. Do czasu.

W momencie pojawienia się wywiadu, którego udzieliłam Konradowi Kruczkowskiemu dla Onetu, momentalnie zostałam zaatakowana z powodu implantu ślimakowego. Co więcej: atak poszedł z dwóch stron. Z jednej strony oskarżano mnie o stwarzanie sobie nieistniejących problemów, bo przecież rozwiązałby je implant. Z drugiej zaś strony pojawiło oskarżenie, że traktuje implant jak czarodziejski, cudowny przyrząd uzdrawiający, a z siebie robię poszkodowaną, bo nie mogę z niego skorzystać. Oba oskarżenia sa bezpodstawne. W szczególności to drugie, gdyż o implancie ślimakowym dotychczas wypowiedziałam się raptem w kilku zdaniach i mówiłam tylko o tym, że implant nie jest rozwiązaniem dla mnie.

Dziś postanowiłam odeprzeć te ataki i wyjaśnić, dlaczego nie mam implantów, skoro aparat mi nie pomaga.

Zacznijmy od początku. Implant to po prostu proteza słuchu, a nie cudotwórstwo. Nie można przewidzieć, jak dana osoba na implant zareaguje, czy będzie słyszeć lepiej czy gorzej, czy może w ogóle słuch jej się nie poprawi.

Istnieje spór dotyczący resztek słuchowych. Jedni mówią, że przez implant można je stracić, a inni twierdzą, iż implant jest jedyną szansą na ich zachowanie.

Spory dotyczą też problemu powrotu do korzystania z aparatów słuchowych. Większość głosów jest zgodna co do tego, że po implantacji nie ma szans na powrót do aparatów słuchowych. Ma to być droga tylko w jedną stronę, zatem, jeśli w implancie będzie się słyszeć gorzej, to ma się, delikatnie mówiąc, problem. Jednakże istnieje też przeciwny głos w tej dyskusji.

Ostatnia i najważniejsza sprawa to świadomość, że implant sam z siebie nie zadziała. To nie jest tak, że zaraz po operacji pacjent słyszy wszystko doskonale. Nauka słuchania przez implant to lata ciężkiej rehabilitacji. Bez wsparcia specjalistów i rodziny guzik się usłyszy.

Samo działanie implantu to jedna strona medalu. Jest jeszcze ta druga, niewygodna – koszty. Pod wywiadem na onecie pewien pan bardzo sie wykłócał, że o implantach wie wszystko, bo jego córka nie słyszy i on swietnie wie, że powinnam być implantowana. Zwróciliśmy mu uwagę na koszty implantacji. Tak, pan miał rację: implantacja jest w 100% refundowana, jest tylko jedno małe „ale”: wymiana procesora. Według przepisów procesor powinien być co 5 lat wymieniany za darmo. Realia są jednak takie, że ludzie czekają na wymianę latami i doczekać się nie mogą. Część musi wymienić w końcu procesor na własny koszt, gdyż mija tyle lat, że przestaje on działać i taka osoba zostaje bez słuchu i nikt nie może jej pomóc, bo jedyńym rozwiązaniem jest wymiana procesora. To dokładnie tak samo jak ja muszę co 5 lat wymieniać swoje aparaty słuchowe. Jednakże różnica w cenach jest kolosalna. Między innymi dlatego ja implantu nie mam, bo postanowiłam pomysleć w szerszej perspektywie i siegnąć wzrokiem dalej niż tylko do operacji, która faktycznie jest za darmo.

O implantach dowiedziałam się mając 18 lat. Wtedy byłam gotowa położyć się z miejsca do operacji, dopiero nauczyciele i specjaliści od słuchu w mojej szkole mnie zatrzymali i ostudzili mój zapał, tłumacząc mi, czym jest implant i z czym to się wiąże.

Głównym powodem, dla którego nie zdecydowałam się na implantację jest pamięć słuchowa. Cześć ludzi po implantacji słyszy bardzo mechanicznie i obawiano sie, że ja, przyzwyczajona do normalnych dźwięków, nie poradzę sobie z tym, bo ja wciąż pamiętam, jak to jest słyszeć. Podam wam prosty przykład. Bez aparatów nie słyszę naprawdę nic, nie ma w moim mieszkaniu dźwięku, który mogłabym usłyszeć, a jednak, gdy myję zęby, słyszę odgłos jaki wydaje szczoteczka. Prawdę mówiąc ja go wcale nie słyszę, ale mój mózg pamięta ten odgłos, dlatego wydaje mi się, że go słyszę, takie omamy słuchowe. Istniała obawa, że implant zabije tę pamięć słuchową.

Ktoś może spytać: Może warto zaryzykować? Może lepiej słyszeć mechanicznie niż wcale? Może, dlatego do tematu implantów wróciłam. Zamierzam poddać się kwalifikacji do implantacji, dowiedzieć się wszystkiego na ten temat i podjąć decyzję. Jednak to nie może być tylko moja decyzja. Bez pomocy męża tylko sobie zaszkodzę. Oboje musimy się na ten krok zdecydować. Wbrew temu, co się mówi o implancie, to nie jest prosty wybór. Ja nie wybieram między dobrem a złem, a między złem i gorszym złem. Implant jest nadzieją na coś, ale może okazać się też przekleństwem.

(Visited 1 529 times, 2 visits today)
Navigate