Chorowanie było łatwe

Pamiętam bardzo dobrze, gdy zachorowałam na białaczkę. Rany, co to był za czas. Dostawałam milion prezentów. Taka ciotka na przykład: w życiu mi nie dała prezentu na Boże Narodzenie, zaczęła mnie obdarowywać, gdy zachorowałam i trwało to tak przez kilka lat. Razem z diagnozą zbiegły się moje imieniny, imprezę miałam jakby to była stypa, z tym, że było wesoło i dostałam prezenty, dużo prezentów. Wiecie, w tamtych czasach zestaw gadżetów z NICI (cała kolekcja osiołka) to było coś. Ustępowano mi na każdym kroku, spełniano zachcianki – pięć dni z rzędu jedliśmy zupę pomidorową, bo ja nie chciałam nic innego. To nic, że wszyscy poza mną już rzygali tą zupą, mama gotowała. Mój wujek za to był w prezentach praktyczniejszy. Doładowywał mi telefon, tak raz na tydzień za 50 zł. Szał, przecież jeszcze pare miesięcy wcześniej byłam gimnazjalistką z wiecznie pustym kontem na karcie.

To wszystko wynikało z troski, dobroci serca i niewiedzy. Ci wszyscy ludzie po prostu nie wiedzieli, jak się zachować. Stała przed nimi chora nastolatka i nie wiadomo było, jak długo pożyje. Z braku pomysłu obdarowywali mnie rzeczami materialnymi, postawili na piedestał, bo nie wiadomo było, czy przypadkiem za chwile nie znajdę się pod piedestałem.

W czasie leczenia jest dużo wsparcia, zainteresowania, deklaracji (przeważnie bez pokrycia, ale zawsze). To jest czas pełen wielkich emocji. Ludzie się litują, współczują, oferują pomoc. Świat przez chwile kręci się wokół chorego i jego rodziny. Jest silne poczucie solidarności, jest moc, wspólna siła.

A później się zdrowieje…

Leczenie cytostatykami jest trudne. Często zakończone porażką. To jest wojna, pole bitwy, trzeba walczyć. Ja walczyłam wiele razy, ale to ostatnią walkę pamiętam najlepiej: o jeden oddech, który mógł mi oddać moje życie. Wywalczyłam, wygrałam, choć nie bez strat. Pożegnałam się z płucem, zdrową stopą i słuchem, ale jednak żyję. Mogło być gorzej. Jednakże mimo tych doświadczeń, bólu, litrów wylanych łez to powrót do zdrowia był najtrudniejszy.

Jednego dnia wszystko się skończyło. Nie było już wsparcia. Nie było piedestału. Nie było zainteresowania. Zupy pomidorowej też nie było. Choć to właśnie wtedy potrzebowałam tego najbardziej. Potrzebowałam, by wrócić do świata ludzi zdrowych. Nie umiałam odnaleźć się w tym świecie. Był obcy. Dla mnie podwójnie, bo opuszczałam go jako osoba pełnosprawna, wróciłam jako niedosłysząca, a mówili, że nic się nie zmieni – oszuści.

Byłam samotna jak nigdy dotąd. Sama z cierpieniem, którego nawet nie umiałam opisać. Wiecie, ja naprawdę marzyłam o nawrocie.

Z jednej strony było pragnienie powrotu na oddział, ale z drugiej strach, że bedę musiała na niego wrócić. Każdy ból: głowy, brzucha, reki, nogi to był paraliżujący strach. Czy to zwykły ból głowy czy objawy nawrotu? Wystarczy wziąć Apap czy może od razu do onkologa? To były pytania dodatkowo obciążające psychikę, ale tym razem nie było nikogo, by wspierać.

Rodzina i znajomi mają poczucie misji, dopóki choroba trwa, póki się leczysz, póki jest kogo wspierać i dopingować. To na pewno poprawia też im samopoczucie: zrobiłem coś dobrego dla chorej koleżanki. W momencie, gdy to się kończy, wszyscy oddychają z ulgą i rozchodzą się do domów, a chory, czy raczej – zdrowy, zostaje nagle sam, choć właśnie rozpoczyna ciężką wędrówkę w kierunku świata zdrowych i to właśnie wtedy najbardziej potrzebuje dotychczasowego wsparcia ludzi zdrowych: by mu pomogli, pokazali, jak ten świat się zmienił podczas jego nieobecności.

Chorować było łatwo. Najtrudniej było być zdrowym.

(Visited 833 times, 1 visits today)
  • Każdy lubi to uczucie, gdy się ktoś o niego martwi. Łatwo się do tego przyzwyczaić i ciężko się tego ‚nawyku’ pozbyć.

    • Widać nie zrozumiałeś tekstu. Nie o nawyki chodzi.

      • Widać nie zrozumiałem tego co chciałaś przekazać. Na szczęście każdy może to interpretować na własny sposób i wyciągać swoją naukę.

  • Jestem tu pierwszy raz. Przeczytałem powyższy tekst, a w nim zdanie:

    „Pożegnałam się z płucem, zdrową stopą i słuchem”.

    Odwiedziłem też Twój Instagram i widziałem tam – jak mniemam: Twoje – stopy, nawet w szpilkach. I coś mi nie gra. Spraw mi radość komunikatem, że masz wciąż dwie i jednak sprawne…

    • Mam wciąż dwie stopy, mogę spokojnie założyć na nie buty, ale moja lewa stopa nie jest sprawna. Nie mogę jej zgiąć ani poruszyć palcami, które od lat sa podwinięte, mam na niej prtzeczulice, która wiaże się z… brakiem czucia.
      Jesli chodzi o szpiki to zakładam je, bo jestem zdeterminowana. Uparłam się, że dam radę w nich chodzić i chodzę choć rzadko.

Navigate