Byłaś dla mnie wszystkim

Jest taka teoria, że, gdy człowiek umiera, to ktoś po niego przychodzi. Jestem pewna, że po mnie przyszłaby ona. Po nią przyszła babcia.

Nie chciała umierać. Krzyczała to głośno ostatkiem sił. Miała w sobie wolę życia, której ja wtedy nie miałam za grosz. Ja chciałam umrzeć, a żyłam. Ona chciała żyć, a umarła.

Była dla mnie wszystkim, dziś jest tylko wspomnieniem. Pozostały mi po niej wspomnienia i kartonik z modlitwą o jej duszę, który dostałam na jej pogrzebie. Noszę go w portfelu i za każdym razem, gdy wychyli się ze swojej przegródki, zaczynam płakać.

Poznałyśmy się na onkologii. Byłyśmy chore na to samo, byłyśmy w tym samym wieku. Miałyśmy te same protokoły leczenia, chemie, leki. Zaczęłyśmy równo, choć ja przyszłam pierwsza.

Razem puchłyśmy po sterydach, razem zbierałyśmy wypadające włosy z poduszki, razem znosiłyśmy trudy leczenia. Zaprzyjaźniłyśmy się szybko. Czasem jedna z nas wychodziła na prowadzenie, ale wtedy szybko ta druga ją doganiała.

To ona była moją siłą. Była moją pierwsza i jedyną przyjaciółką. Czas spędzony z nią był lepszy. Walczyłyśmy, by zawsze razem być na sali. Czasem byłyśmy do reszty znudzone swoja obecnością, ale cisza, która wtedy pojawiała się miedzy nami, nas nie krępowała. Ważne, że byłyśmy razem. Ważne, ze była obok.

Kojarzy mi się z pomidorami i zupą ogórkową. O tę zupę zawsze prosiłyśmy jej mamę. Moja przywoziła nam krupnik. Dzieliłyśmy się tym, co na onkologii było drogocenne – jedzeniem. Dieta szpitalna nie była tym, co lubiłyśmy najbardziej, dlatego radziłyśmy sobie same, nierzadko łamiąc regulamin onkologii.

Razem snułyśmy plany co po leczeniu, którego koniec wypadał nam w tym samym momencie. Razem miałyśmy jechać do sanatorium. Często o tym rozmawiałyśmy. Wiedziałyśmy, że zakończenie leczenia nie będzie końcem naszej przyjaźni, a może po prostu wtedy tak nam się wydawało.

A później przyjechałam na kontrolę. Wbiegłam na oddział, choć nie powinnam. Nie wolno mi było. Nie byłam już ich pacjentką. Nikt mnie jednak nie zatrzymał. Wpadłam na salę nr 5 i ją zobaczyłam. To w tym momencie nasze drogi się rozeszły, każda z nas szła już inną ścieżką. Ona wróciła z nawrotem na onkologię, ja wciąż byłam w stanie remisji.

Miała mieć przeszczep, którego nigdy nie doczekała. Miałyśmy się spotkać. Miałam ją odwiedzić.  Miałyśmy jechać do sanatorium. Miałyśmy żyć. Los chciał inaczej.

To między innymi dzięki niej dziś głośno krzyczę, że na onkologii jest życie. Nie zawsze tak długie, jak byśmy chcieli, ale za to radosne i intensywne. W czasie niepewności i chwili załamania ona była czymś pewnym, była moim promykiem słońca, radością, którą noszę do dziś w sercu.

Wierzę, że jest moim osobistym aniołem. Wierzę, że kiedyś znów się spotkamy.

(Visited 1 876 times, 1 visits today)
  • Przykro mi, że jej się nie udało.

  • Agata Jasińska

    Nie wiem co napisać. Nie chcę byś myślała, że twoje wyznanie takie zostało bez echa. Potraktuj więc ten wpis mój jak muśnięcie po ramieniu gestem współczucia, które nie potrzebuje słów zbyt wielu, by być zrozumiane.

  • Ależ mi przykro. Wyobrażam sobie co musiałaś wtedy czuć.
    Przyszedł mi właśnie do głowy wiersz Asnyka:

    „Ach, jak mi smutno! Mój anioł mnie rzucił,
    W daleki odbiegł świat,
    I próżno wzywam, ażeby mi zwrócił
    Zabrany marzeń kwiat.
    Ach, jak mi smutno! Cień mnie już otacza,
    Posępny grobu cień;
    Serce się jeszcze zrywa i rozpacza,
    Szukając jasnych tchnień.
    Ale na próżno uciszyć się lęka
    I próżno przeszłość oskarża rozrzutną…
    Cięży już nad nim niewidzialna ręka –
    Ach, jak mi smutno!”

Navigate