Bałagan jest modny

Tuż przed świętami zaobserwowałam pewne zjawisko. Jego skala zaniepokoiła mnie tylko trochę.

Jedna z moich ulubionych blogerek na swoim fanpage’u opisała taką oto sytuację: Posprzątała kuchnię, co jej kilkuletnia córka skwitowała pytaniem, czy w kuchni był remont. U tej samej blogerki pojawił się mem o tym, żeby zalegające pranie przyozdobić świątecznie lampkami, jeśli nie chce się go sprzątać. Jednak nie o blogerkę i jej podejście do sprzątania mi chodzi.

W komentarzach pod jednym i drugim miała miejsce przepychanka pt. „kto ma brudniej w domu”. Czytelniczki między sobą licytowały się, która żyje w gorszym syfie. To nie było kilkanaście komentarzy, a kilkadziesiąt, a czasem i ponad setka. Wszystkie mówiły z dumą o brudzie w mieszkaniu.

Między tym wszystkim byłam ja. Jakoś tak głupio było mi się tam udzielić z moimi umytymi oknami, wyprasowanymi, poskładanymi i schowanymi do szafy ciuchami, z posegregowanym praniem i czystą podłogą. Czułam się kompletnie nie na miejscu.

Wtedy jeszcze myślałam, że to może ta przedświąteczna gorączka. Może Ci ludzie potrzebowali poszukać sobie usprawiedliwienia, lepiej im było z myślą, że inni też nie mają nieskazitelnie czysto. Jednak całkiem niedawno natknęłam się na to i to przelało czarę mej goryczy:

12647020_523181021193025_1400696093852245254_n

Coś tu wyjaśnię. Czyste naczynia w moim domu nie oznaczają, że moja rodzina chodzi głodna, ale to, że zmywamy je na bieżąco, bo lubimy, gdy w kuchni jest czysto. Pusty kosz nie oznacza, że nie sprzątam, ale – że na bieżąco go opróżniam. Czysta podłoga nie oznacza, że moje dzieci kiepsko się bawią, ale – że potrafią po sobie posprzątać.  To, że nie ma u mnie stosu prania, nie oznacza, że moja rodzina ma brudną odzież, ale – że na bieżąco te ubrania piorę, prasuję, składam i chowam. Sucha podłoga w łazience nie oznacza, że moje dzieci się nie kąpią, ale – że została wytarta.

Popadamy ze skrajności w skrajność. Albo jesteś żoną ze Stepford, albo „chujową panią domu”. Albo szczycisz się domowej roboty chlebem, albo obiadem ze słoiczka. Albo masz wypolerowane kafelki, albo już nie pamiętasz, jaki one mają naprawdę kolor. To trochę jak z modelkami. Naprzeciw tym wychudzonym, stawia się otyłe, zamiast to wypośrodkować i na wybieg wypuścić modelki w rozmiarze 38-40.

To samo jest ze sprzątaniem, dbaniem o dom i rodzinę. W dobie popularności „chujowej pani domu” głupio przyznać się do regularnego sprzątania. Z drugiej jednak strony stoi perfekcyjna pani domu, u której nie przeszłabym testu białej rękawiczki. Stoję i czuję się zaszczuta przez obie grupy. Przez niepoprawne pedantki i niechlujne bałaganiary.

Bałagan w domu nie jest powodem do dumy. To, że ktoś nie potrafi ugotować najprostszej potrawy, też nie przynosi mu wcale chluby. Rozumiem, że są ludzie, którzy na to nie zważają. Jedzenie mrożonek nie robi im różnicy, a brudne naczynia zajmujące od tygodnia zaszczytne miejsce w zlewie wcale nie przeszkadza. Ale – na Boga! – nie obnoś się z tym. Nie twierdzę, że ktoś z takim podejściem jest gorszy ode mnie, ale nie jest też lepszy. Grafika, którą wyżej pokazałam, sugeruje, że ludzie, którzy mają w domu, delikatnie mówiąc, nieład, żyją szczęśliwiej, a tak wcale nie jest.

Ani twój bałagan, ani mój porządek nie świadczy o naszym szczęściu i życiu. Ja nie jestem nieszczęśliwą kurą domową, a Ty nie jesteś szczęśliwą, wyzwoloną kobietą. Nie. Ja mam porządek, a Ty masz bałagan i to tyle. Tylko tyle.

(Visited 649 times, 1 visits today)
Navigate